czwartek, 15 grudnia 2016

Za Czarną Hańczą, za Wierśnianką

Szlakiem bobrów

Grudniowe wieczory sprzyjają wspomnieniom. Przeczytałem Za Opiwardą, za siódmą rzeką Igora Newerlego. Już od pierwszej strony książka zaskoczyła mnie opisem mozolnej kilkudniowej wędrówki błotnistą strugą między jeziorkami Opiwardy. Igor kajakarz brnął po borowinie kąsany przez insekty, nie mając żadnej możliwości spłukania błota z siebie i z kajaka, bez snu na twardym gruncie, w końcu i bez wody zdatnej do picia…, póki nie wypłynął na porządną rzeczkę… 

Czy to nadaje się do wędrówki kajakiem?
Ów opis przypomniał mi eskapadę Wierśnianką, do której namówiłem przyjaciela ze studiów podczas spływu Czarną Hańczą. Za Głębokim Brodem wpłynęliśmy w obiecujący strumień. Póki towarzyszyły nam łąki i rozrzucone zabudowania Frącek, wiosłowaliśmy. Potem wpłynęliśmy, a właściwie wkroczyliśmy w las masywu Puszczy Augustowskiej. Wody nagle ubyło. Musieliśmy wysiąść i wziąć kajaki na hol. Spacer po twardym piaszczystym dnie stawał się z każdym krokiem trudniejszy. Dokuczały zasieki z krzaków, przegradzające nurt pnie, ciasne zakręty koryta… 

Trzeba nosić

Torowaliśmy sobie drogę siekierką… W końcu Wierśnianka zmusiła nas do większego wysiłku, gdy zawalidrogi zajmowały większe fragmenty nurtu. Braliśmy wtedy kajaki na barki i przeciskaliśmy się między drzewami obok. Wracaliśmy do pozostawionych bagaży, powtarzając po dwakroć tę samą drogę. Zmęczeni klęliśmy na słabnące z każdym krokiem ręce i nogi, na obolałe plecy i kręgosłupy. Wędrówka nie miała nic wspólnego z komfortem pływania po otwartej wodzie. Chwilami wydawało mi się, że powłóczę rękami po ziemi – ciężar kajaków ze sklejki z klamotami w środku dawał się we znaki. 

Mamidło
Puszcza wabiła dzikimi zakątkami, lecz my byliśmy coraz bardziej znieczuleni. Załamanie przyszło pod długą na wiele metrów tamą wzniesioną przez bobry. Grzbiet imponującej budowli sięgał prawie trzech metrów wysokości. Wielkie pnie były zmyślnie przeplecione gałęziami, uszczelnione mułem, gruntem i kamieniami zebranymi z koryta strugi. Konstrukcja oparła się na pniach matuzalemowych sosen, świerków i drzew podszytu. Z drugiej strony piętrzyła się woda rozlewiska, którego brzegi ginęły za plątaniną świeżo zalanych zielonych jeszcze leszczyn, grabów, olch, świerczyn... Toń miała barwę świeżo zaparzonej herbaty… Siedzieliśmy na grzbiecie, podziwiając hydrotechniczne dzieło. I zastanawialiśmy się co dalej. Koryto strumienia stało się niewidoczne. Po zwodowaniu kajaków i tak byśmy zmitrężyli, zanim odkrylibyśmy dalszy bieg szlaku. Zaczynaliśmy pojmować,  dlaczego przeprawa dała nam się we znaki.

Tama bobrów
To był czas (późne lata siedemdziesiąte), kiedy zagrożone nieomal wyginięciem bobry po objęciu ścisłą ochroną kolonizowały na powrót leśne ostępy. Giby i szlak Marychy kusiły. Patrzyliśmy jednak w zielony półmrok labiryntu, na zegarki pokazujące koniec czerwcowego popołudnia (słońce nie przebijało zwartej masy drzew nad nami, więc nawet nie odczuliśmy, że dzień przygasa) i uświadamiające nam, że nie ma szans znalezienia otwartego terenu na obozowisko. W końcu uzgodniliśmy odwrót. Newerly by się nie poddał. My jednak odpuściliśmy, spodziewając się następnych budowli bobrów w górnym biegu strugi.

Łyna
Wędrówki Blizną przez Strękowiznę (na wiosłach) a potem przez puszczę do jeziora Blizno (pieszo); Kamionką spod Suwałk do Wigier (dzisiaj wykreśloną z listy szlaków kajakowych); Krawną – dopływem Babięty zasilającej Babięcką Strugę na szlaku Krutyni; strugą Kołowinek odprowadzającą do Krutyni wodę z leśnych rozlewisk Puszczy Piskiej między Bobrówkiem a Strzałowem pod Pieckami; Łyną od źródeł do jeziora Krzyż; szlakiem Siedmiu Jezior Leśnych (dzisiaj rezerwatem bobrów) zaczynającym się od Jeziora Charzykowskiego na trasie Brdy… nie przysporzyły mi takich wrażeń jak owa Opiwarda Newerlemu czy przegrodzona przez bobry Wierśnianka…

Na szlaku Nocy Świętojańskiej

Dalej książka Igora Newerlego jest tylko lepsza. Wciąga nieuchronnie. Po zamknięciu ostatniej strony opisującej pogrzeb Karola Małłka odczułem skrajny niedosyt. Chciałoby się powiedzieć:
- Chwilo trwaj.

Wisła
Wędrując kajakiem stroniłem od ludzi. Nie doświadczałem więc podobnych spotkań z ludźmi co Igor Newerly. Największą frajdę sprawiało mi nieskrępowane obcowanie z przyrodą. Zwłaszcza o świcie i o zachodzie słońca. Widok śpiącego zająca na odsypisku Narwi naprzeciwko skarpy unoszącej cmentarz czerwonoarmistów poległych w walkach o utrzymanie przyczółka pod Różanem i Pułtuskiem w 1944 r.; wodnego szczura chrupiącego trzcinę na kępie za Gnojnem; piżmaka, który umościł się na moich piersiach, gdy spałem o świcie znużony całonocnym pływaniem po Rospudzie; zdziwienie wędkarza, który obserwował mnie chrapiącego pospołu z chrapiącym łabędziem niemym na gnieździe obok, gdy przystanąłem na chwilę w oczerecie Jeziora Krutyńskiego po podpłynięciu pod prąd Krutynią od Ukty i usnąłem w promieniach wschodzącego słońca…

Wisła
To książka, do której wracam w imię kajakarskiej solidarności.

sobota, 10 grudnia 2016

O sekretnym życiu drzew


Drzewa myślą
Przeczytałem Sekretne życie drzew Petera Wohllebena. Autor wbrew entuzjastycznym recenzjom wcale nie popłynął i nie przypisał drzewom nieomal ludzkiej świadomości. Stwierdził natomiast to, co podejrzewano od dawna – rośliny, te wielkie i te małe, też są wrażliwe na światło, ciepło i zimno, drgania, dźwięk, dotyk, bodźce zapachowe, na pole magnetyczne… I wskazał fakty mówiące o niezwykłych powiązaniach wszystkich przedstawicieli świata zwierząt, roślin, owadów, grzybów, mikrobów, wirusów, być może jeszcze innych nie odkrytych form życia… przypominających jako żywo świat ludzkiej komunikacji internetowej wypełniony rzekami informacji.


Ingerencja ludzi w ten świat dramatycznie zaburza owe ukształtowane przez tysiąclecia ewolucji związki, powodując niepowetowane straty środowiskowe. Najbardziej uderzyło mnie spostrzeżenie, że plantacje drzew fałszywie określane mianem lasu wcale nie są produktywniejsze od naturalnej puszczy.

Puszcza

Gdyby ludzie nie ułatwiali sobie bezrefleksyjnie pracy w lesie, sięgając po ciężkie maszyny, które dewastują delikatną strukturę leśnej gleby; gdyby nie zubożali gatunkowej różnorodności nasadzeń; gdyby nie sadzili wyhodowane z dala od dorosłych drzew, pozbawione mikoryzy i rozwiniętego systemu korzeniowego sadzonki, które przez to nie nabyły umiejętności biologicznej współpracy z pobratymcami; gdyby wreszcie nie niszczyli przed nasadzeniami ściółki i podszytu, nie usuwali martwych pni i gałęzi; mogliby pozyskać o wiele więcej drewna gospodarczego najwyższej jakości bez naruszania odwiecznej struktury puszczy. Nie prowokowaliby też inwazyjnych gradacji tak zwanych szkodników – celowo użyłem tych słów wytrychów oddających nasz antropocentryczny i wyłącznie utylitarny, mierzony pieniędzmi, stosunek do otaczającego nas świata. Wystarczyłoby po prostu zadbać o naturalną bioróżnorodność, gwarancję równowagi środowiskowej, i sięgać po pojedyncze drzewa u schyłku życia, bez niszczenia naturalnej więzi między pozostałymi poszczególnymi osobnikami leśnego stada.

Niezabliźniona rana

Ta książka przemawia do wyobraźni równie mocno co przesłanie Avatara.

Ciekawe to, że podobnych wrażeń doświadczam, przesiadując nad Łyną w Lesie Warmińskim. Są tam kąty będące żywą ilustracją Sekretnego życia drzew






















Martwe, rozpadające się dęby obok pobratymców u schyłku życia zrzucających mocarne konary i dorosłych drzew w imponującym rozkwicie; dwustuletnie sosny i świerki na osuwających się skarpach; niezwykle stare graby, osiki, wierzby, jesiony wzdłuż brzegów wartkiej rzeki i na odsypiskach nurtu; zdumiewający pełny potencjalnych następców dorosłych drzew podszyt wypełniający przestrzeń pod zwartym sklepieniem puszczy… 


Dęby i graby
Tam, gdzie stare drzewa runęły, otwierając niebo w sklepieniu konarów, gałęzi, listowia, igliwia, pojawiają się bujne polany pełne wielogatunkowego życia, z których powierzchni wystrzelają natychmiast młode drzewa. Korzystają nagle z wielkiego potoku światła, które daje im szansę zdominować ten kawałek leśnej podłogi na długie, długie lata. Drzewa, które umarły, są niezwykłym źródłem nowego życia.

Przemiana życia

Drzewa nie umierają tak jak zwierzęta. Bywa, że po upadku dorosłego pnia z wykształconą koroną system korzeniowy wypuszcza kolejne pokolenie podrostków. Szwedzi, badając świerki w tajdze metodą węgla radioaktywnego, odnaleźli odnawiające się z pokolenia na pokolenie okazy, które liczą sobie prawie dziesięć tysięcy lat ciągłego życia. Te świerki naprawdę wprawiły w konsternację.

Łuskiewniki

Tutaj nad Łyną, patrząc na omszałe drzewa, te umarłe i te w pełni życia, dostrzegam ową nieprawdopodobną bujność i trwałość leśnej egzystencji. Największe przyrosty masy drzewnej odnotowuje się nie na plantacjach dla niepoznaki nazywanych lasami gospodarczymi, ale w najstarszych, najbardziej dziewiczych puszczach. Największą bioróżnorodnością charakteryzują się miejsca pod sklepieniami starych drzew a nie odsłonięte łąki. Jedno że ta bioróżnorodność nie uderza w oczy feerią barw, migoczącym światłem odbijającym się od skrzydeł spektakularnych owadów, kserotermicznych kwiatów, wymagających storczyków. Chowa się bowiem w ściółce i pod nią, w glebie, między korzeniami, w korze, wśród gałęzi i konarów, w chmurach igliwia i listowia, tworząc biologiczną materię puszczy. Zagarniając dłońmi garść ściółki, bezwiednie obejmujemy wielometrowe strzępki grzybni, miliony przedstawicieli świata bakterii i wirusów, dziesiątki pełzających owadów i robaków, nasiona i zarodniki… zaledwie niewielki fragment wielkiego życia lasu umykającego zmysłom.

Stara sosna nad jeziorem Łabuny

To się dzieje naprawdę. To po prostu fascynujące, choć nie tak spektakularne i nie tak przemawiające do wyobraźni jak zimowy portret wilka Marcina Warmińskiego.

Sekretne życie drzew to książka, do której się wraca.

piątek, 23 września 2016

Terra Nulla Wojciecha Altmajera

Przeczytałem Terra Nulla Wojciecha Altmajera

Pomnikowa sosna nad Łabunami Dużymi

Wygląda na to, że będę do tej książki wracał. Opowiada o świecie, którego ślady zamierzchłej świetności odczytuję, wędrując między enklawą średniowiecznego osadnictwa wokół Butryn i Bałdy a jeziorem Dłużek – w połaci puszczy napiwodzko-ramuckiej, skrywającej w swoim wnętrzu dwa równoległe ciągi leśnych jezior.


Ten bliżej enklawy biegnie na południe od Bałdy Pieca i malowniczej poręby, która graniczy z torfowiskiem wypełniającym dolinę, obejmując kilka bezodpływowych akwenów o brzegach z bujnego torfowca i żurawiny.







 










Uroczysko Wojtkowizna nad Łabunami Dużymi

Na północ od poręby leżą jeziora Łowne Duże i Małe będące źródłem bobrowej strugi, która przepłynąwszy przez dzikie komysze i pełną uroku polanę w miejscu nieistniejącego już rynnowego jeziora, przez miejscowych przezywaną "pachy", wpada do Jeziora Łajskiego – to szlak bobrów.

Wiercibaba

Drugi sznur jezior leży bliżej Dłużka. Wiąże go okresowo zanikający strumień, którego początkiem jest Wiercibaba, podmokłe uroczysko przy północnej części jeziora. Stąd płynie na południe przez Łabuny Duże i Małe, wpada do Jeziora Czarnego w Czarnym Piecu. Ze wsi wypływa już jako rzeczka Czarna, dopływ rzeki Omulew, przemierzając za szosą do Szczytna tajemnicze uroczyska.




Gdzieś wokół Czarnego Pieca


Droga na manowce

Jest to ten fragment puszczy napiwodzko-ramuckiej, w którym nie uświadczysz wyraźnych punktów orientacyjnych. Sieć leśnych dróg, duktów, przecinek zwodzi. Przez wiele lat chodziłem nimi, polegając na intuicji, lecz nieraz zdarzało mi się pobłądzić i wychodzić nie tam, gdzie zamierzałem. Zamiast kilku godzin spaceru zaliczałem cały dzień mitręgi, bo skręciłem nie tam, gdzie trzeba, wpakowałem się na torfowiska albo na uginający się brzeg zanikających jeziorek... Dzięki temu miałem okazję oglądać dziki, jelenie, wilki, czarne bociany…, także przedstawicieli najbardziej egzotycznych gatunków zwierząt, egzotycznych bo zagrożonych wyginięciem.

Poręba nad Łabunami Małymi

Leśny kwietnik

Lata świetlne temu, zbłądziwszy na pogranicze dorzecza Łyny i dorzecza Omulwi, gdzieś w okolicy jeziora Dłużek, odkryłem zdumiewający kamienny krąg pod starymi sosnami i dębami. W jego pobliżu miałem przyjemność oglądać rysia śpiącego na konarze dębu. Jedna z jego łap zwisała z konaru... Do czasu tamtego spotkania myślałem, że takie obrazy są możliwe tylko na afrykańskim safari.



Dzisiaj po lekturze Terra Nulla Wojciecha Altmajera zaczynam rozumieć, że ta przedziwna okolica tak już ma. Błądząc po lesie, zaczynasz odczuwać dziwne pomieszanie reality z virtuality. W stanie znużenia zmysły, oprócz rzeczy i zjawisk dotykalnych, dających się zracjonalizować, chwytają pewien nastrój, który sprawia, że postrzegasz las jako siedlisko efemerycznych postaci i miejsce zdarzeń podobnych tym wracającym w snach. Niewytłumaczalnych i niejasnych.
 


Drogą nad leśne jeziora

Do owego kamiennego kręgu nigdy potem nie udało mi się wrócić. Mimo wielu prób. Wtedy nie było GPS, by odczytać położenie miejsca. Nie miałem też aparatu fotograficznego. Chodziłem po tych okolicach dla samych wrażeń. Spacer był celem samym w sobie. Puszcza fascynowała, działała na wyobraźnię…

Wrzosowisko

Z kolei widok przypadkowo napotkanych żelbetowych bunkrów i zabliźnionych przez przyrodę rowów przeciwczołgowych uzmysławiał, że całkiem niedawno działy się tutaj sprawy niepojęte, ujawniające tę ponurą stronę ludzkiej natury.








Lubię wracać w te okolice. Ów tajemny kąt zaczyna się zaraz za Bałdami i aleją biskupią, przy której co roku jest organizowany kiermas warmiński. Przekroczywszy linię lasu, zanurzam się w odmienny świat. 

W mateczniku bobrów

Nawet strywializowany przez gospodarkę leśną, zglajszachtowany myśliwską infrastrukturą, nie traci swojego mistycznego nastroju. Zwłaszcza o świcie lub w porze zachodzącego słońca, gdy Potrymp do spółki z Perkunasem zaczyna zdobić krajobraz mgłą, światłem złotej godziny, a Iszwamrato pospołu z Wurskaito prowokują wszystkich chodzących i latających mieszkańców do ożywionych leśnych dyskusji.

Łabuny Duże

Jezioro Łabuny Duże otacza wyjątkowa aura. Przechadzając się jego północnym brzegiem, podczas słonecznego dnia, odczuwam specyficzny komfort. Stąd nie chce się wracać. Próbuję odgadywać przyczynę, lecz za każdym razem znajduję inną. 




Widok malowniczych czap mchu wzdłuż drogi, pod pniami starych sosen i brzóz rosnących na brzegu i na gruncie z jasnego piasku, refleksy światła na zmarszczkach fal, łagodnie opadające dno, trzciny, rdestnice, pojedyncze liście grążeli, przejrzysta toń… Wszystkie te szczegóły tworzą obraz nasycony nie dającym się do końca uświadomić nastrojem. 




Jeśli w owo tło wpadnie bielik, rybołów, jastrząb… jeśli jeszcze wzdłuż brzegu przepłynie bóbr albo wydra; z lasu wyjdzie jeleń, sarna, lis i podejdzie do wody… gdy przez niebo popłyną jasne chmury… 
Rybołów nad Łabunami Dużymi
Korzystam z każdej okazji, by tu zajrzeć, wyprawiając się nad Dłużek albo nad Czarną i Omulew. Dla nastroju miejsca, zwłaszcza wczesnym rankiem, gdy słońce zaczyna oświetlać zamgloną przestrzeń i złocić las zachodniego i południowego brzegu.

Misterium nad Łabunami

Któregoś świtu trafiłem na biwak wędkarski rozłożony w zatoce przy cyplu. W świetle wstającego słońca grupa wędkarzy łowiących ryby z brzegu, prowizorycznych kładek, pontonów przypominała średniowieczne plemię. Niektórzy z nich stali po pas w wodzie odziani w wodery, przeczesując toń błystkami spinningów...
Jakbym przeniósł się w czasie. Czy tak wyglądali Prusowie albo pierwsi postglacjalni nomadzi? Atawizm obrazu urzekł i pobudził wyobraźnię.


Terra Nulla wiele tłumaczy, skąd owe przedziwne skojarzenia. Wojciech Altmajer zdaje się czuć las inaczej niż większość z nas, przede wszystkim czuć świadomie. Gdym zwierzał się ze swojej kajakowej świętojańskiej wycieczki ku źródłom Łyny, przyznał, że tę samą noc spędził nad Łyną w Lesie Warmińskim, czuwając pod świerkiem nad szemrzącą w dole wodą. Wtedy zobaczył łosia, który szedł nieśpiesznie rzeką, napawając się misterium świtu. Na pytanie, dlaczego nie fotografował (miałem w pamięci jego dokonania fotograficzne z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych), odparł:
- Przecież nie po to tam chodzę.
Ot, cały Autor.
Południowy brzeg Łabunów Dużych


To jedno zdanie wydobyło z pamięci wspomnienie obozowania nad Czarną Hańczą w czerwcową noc oświetloną przez księżyc w pełni. Cienie i srebrzyste smugi wokół, rzeka tonąca w czerni doliny pod skarpą, z której osunął się potężny dąb, zanurzając w toni konary obsypane czerwcową zielenią listowia... Koledzy dawno już spali w namiotach, a ja siedziałem przy niewielkim ognisku, nie mogąc oderwać oczu od ciemnej ściany lasu, gwiazd, księżyca, srebrnej poświaty, zwierząt pasących się na granicy polany... uszu od melodyjnego plusku Czarnej Hańczy i kwilenia ptaków, pokrzykiwania puszczyków i sówek... nozdrzy od zapachu suwalskich sosen, ziół, tataraku i wody... W ten sposób doczekałem wchodu słońca i niezwykłej pieśni mężczyzny przemierzającego furmanką niewidoczną z obozowiska drogę w lesie... Pływałem właśnie po to.
 
Tarlisko
 Czytając o Glappie, ostatnim wodzu wolnych Warmów, czytam między wierszami biografię Autora. Nie chodzi o podobieństwo czynów. Nie ten czas, nie te okoliczności. Lecz o podobne traktowanie Natury, której jesteśmy zaledwie gośćmi, czując się bezpodstawnie jej właścicielami. 


Swoją drogą ostatni łoś utonął w Łynie w 1860 r. Od tamtej pory władze Prus Wschodnich usiłowały chronić resztki swoich królewskich lasów. Dopiero jednak po II wojnie światowej populacja zwierząt zaczyna odzyskiwać swoją różnorodność gatunkową i genetyczną. Również dzięki ochronie roztaczanej przez sponiewierane publicznie „imperium łańskie”. 

Łoś w Łynie. W noc świętojańską. To tak, jakby czas zakreślił magiczny krąg.

Tarlisko

Łabuny oglądane z południowego brzegu nie wywołują już takiego wrażenia. Może dlatego, że granica między wodą a piaszczystym brzegiem przesuwa się o wiele metrów w zależności od poziomu jeziornej tafli. Żadne drzewo nie wytrzyma przesuszania i zalewania systemu korzeniowego. Żadne wodorosty nie zagoszczą w tym miejscu na stałe. Płycizna ciągnie się od ściany lasu wiele metrów w głąb jeziora…

Łabuny Małe
Jeziorko Łabuny Małe z kolei wypełnia nieckę o wysokich brzegach. Jego toń przybiera odcień głębokiego brązu, zapewne od rudy darniowej i rozkładających się liści, uwalniających taninę.

Kawa czy herbata?


Obydwa jeziora łączą głębokie rowy, dające ujście wodom roztopowym. Od lat suche. Wiercibaba od dawna nie oddaje nadmiaru wody do otoczenia. 




Za Łabunami Małymi pojawia się Jezioro Czarne. Najpierw pokazuje wąską i płytką zatoczkę, gdy schodzę z wysoko uniesionej drogi, potem, już ze ścieżki wzdłuż zachodniego brzegu, coraz większą taflę wciśniętą w leśne brzegi i dobiegającą do zabudowań Czarnego Pieca, dawniej siedliska smolarzy z XVIII wieku.

Jezioro Czarne
Podążając za Czarną, odkrywamy kolejny fragment puszczy napiwodzko-ramuckiej, w którym zabłądzić jeszcze łatwiej. Glappo często prowadził tędy swoich wojów do zaskakujących ataków na krzyżackie oddziały. O tym jednak przy innej okazji.

Jezioro Czarne

Dzisiaj motywem przewodnim Terra Nulla – książka pozwalająca zrozumieć związek przeszłości ze współczesnym postrzeganiem ocalałych fragmentów galindzkiej Wildniss.

W mateczniku Czarnej