wtorek, 21 czerwca 2016

Mazur Jerzego Woźniaka


Przeczytałem Mazura Jerzego Woźniaka. Jednym tchem. Nie tyle dla wątku walk między agentami niemieckiego i polskiego wywiadu na pograniczu Polski i Prus Wschodnich w okolicach mi najbliższych, ile dla odtworzonego z pietyzmem tła tych wydarzeń. To kolejna, obok Na tropach Smętka, książka, w której podjęto próbę zrozumienia mieszkańców pogranicza mazursko-kurpiowskiego, poddanych presji dziejowej zawieruchy zapoczątkowanej wybuchem I wojny światowej i zakończonej przetoczeniem się wojennego walca w 1945 roku. Ów walec de facto unicestwił pierwotną społeczność Warmii i Mazur. W okresie międzywojnia cała ta społeczność została przeorana wynaradawiającymi działaniami najpierw nacjonalistów wielko-niemieckich a potem hitlerowców. Po wojnie ci, co ocaleli, w ogromnej większości wyemigrowali w kilku falach do Niemiec, nie mogąc zintegrować się z przesiedleńcami ze wschodu i południa.


Powojenne wysiłki, by włączyć Warmiaków i Mazurów w nurt życia kraju, podejmowane przez Karola Małłka, Emilię Sukertową-Biedrawinę, Marię Zientarę-Malewską i wielu innych znamienitych przedstawicieli tej społeczności, natrafiły na mur, jeśli nie wrogości to co najmniej obojętności lokalnych władz i ludzi, którzy napłynęli z pobliskich Kurpiów, Podlasia czy z terytoriów Polski utraconych na rzecz Związku Radzieckiego, mających w żywej pamięci przyczynę tego exodusu.


Dzisiaj, z perspektywy czasu, mam odczucie, iż myślę o społeczności, której już po prostu nie ma. Jak plemion pruskich podbitych przez Krzyżaków. Pozostał jedynie sentyment do historycznych pamiątek po ludziach, którzy przez wieki trwali przy polskości siłą przyzwyczajenia, bez realnego wsparcia królestwa obojga narodów a potem ledwo co odrodzonej Rzeczypospolitej. Ich poczucie narodowej tożsamości ewoluowało w historycznym odosobnieniu.


Przykładem rozdarcia między polskością a niemieckością były losy rodziny Kiwickich z pobliskiego Dłużka. Ojciec – działacz plebiscytowy; jeden z synów zastrzelony przez hakatystę z zemsty za propolską działalność ojca; jeden z synów odpowiadający na pytanie Melchiora Wańkowicza o to, kim jest: – Ich bin ein Deutscher; córka popłakująca po kątach z powodu wykluczenia z Bund Deutcher Mädel za propolskie zapatrywania ojca…


Tutaj nic się nie działo prosto. Tutaj z niezwykłą realnością potwierdzało się obciążone stygmatem lewicowości dziewiętnastowieczne naukowe spostrzeżenie o kształtowaniu świadomości przez byt. Wyborowi strony zawsze towarzyszyło zagrożenie życia, zdrowia lub co najmniej wykluczenie z totalitarnego społeczeństwa. Wszystko to w kontekście niezwykłego krajobrazu i  niepowtarzalnej przyrody.


Owo zderzenie pogmatwanych, częstokroć tragicznych, ludzkich losów z tłem regionu prowokuje pytanie, jak to możliwe, by w krainie o tak niebagatelnej urodzie miały miejsce tak dramatyczne wydarzenia. Na które nie znajduję odpowiedzi.


Dlatego konsekwentnie nie osądzam i namawiam, by nie przyglądać się bez głębokiej refleksji demonom przeszłości. Jeszcze bardziej po przeczytaniu Mazura.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz