czwartek, 10 marca 2016

Dlaczego lubię jeździć na Hel?



Dlaczego lubię jeździć na Hel?

Mgnienie oka


Nie zdążyłem

Wyjaśnię słowami Mariana Mokwy – artysty przypisanego morzu – z którym miałem zaszczyt rozmawiać aż dwa dni, starając się nie uronić ani słowa z jego niezwykłych wynurzeń. Byłem wówczas mocno zaskoczony, że poświęcił mi – nieopierzonemu studentowi – tyle uwagi.






To ta chwila, dla której tracę głowę

Zwano go kaszubskim Matejką. Wystawiał w kraju i za granicą – od Kościerzyny począwszy, przez Gdynię, Warszawę, Lwów, na Berlinie, Chicago, Londynie i Sydney skończywszy. Większość z ponad stu ważniejszych wystaw zorganizowano przed II wojną światową.














Słońce i bezkres

Chciał urzeczywistnić ideę powszechnego stowarzyszenia przyjaciół morza, wzorując się na cesarskim Flottenverein – nieskutecznie. Powojenne towarzystwo marynistyczne powstało już bez jego udziału i stało się domeną literatów a nie malarzy morza.






Czym są moje problemy w obliczu takiego widoku?

Cieszył się szacunkiem, miał listy gratulacyjne od najwyższych władz, krzyże: Komandorski i Oficerski Orderu Odrodzenia Polski… i zaprawione goryczą reminiscencje dziewięćdziesięcioletniego życia.







Vincent van Gogh by tego nie wymyślił.

Jakim je widział w obliczu nadchodzącego kresu?

Sopocka „Adelajda”, w której mieszkał, była okazałą willą. Otaczał ją ogród urządzony na leśnej skarpie. Z okien poddasza widać było Zatokę Gdańską, przebłyskującą pomiędzy konarami drzew.



























Samotny morski lotnik
Artysta niechętnie opuszczał ściany domu. Nie chciał nawrotu choroby oczu, które na długie miesiące odmówiły mu posłuszeństwa. Pracował wyjątkowo dużo, jakby chciał nadrobić czas utracony czas. Odzyskanie wzroku zawdzięczał operacji. Musiał jednak używać silnych okularów. Bez morza – jak sam mówił – nie wyobrażał sobie tak długiego życia. Morze nadało sens jego pracy, obdarzyło siłą witalną. Dzięki morzu przetrwał najgorsze lata, gdy tracił najbliższych, ludzką miłość i rzeczy dla niego najcenniejsze: obrazy, pamiętniki, szkice tematów sprzed wielu lat. Morze ubarwiło wewnętrzny świat artysty, pełen anachronizmów i osobliwych z dzisiejszej perspektywy przekonań. W tym świecie pogrążył się chyba bez reszty. Dzięki niemu łatwiej znosił konfrontację własnych poglądów z ówczesną codziennością, obcą jego naturze. Nie cierpiał spraw drażliwych. Nie godził się z nimi. Nie lubił o nich rozmawiać, a jeśli już musiał – nie umiał zapanować nad emocjami.


Zamyślenie

Nie potrafił zrozumieć, dlaczego ktoś napisał w księdze pamiątkowej jednej z wystaw: Dziwię się, że malarz tak zdolny jak Marian Mokwa zajmuje się tak nieciekawym tematem jak morze.

Mówił:
- Morze jest nieciekawe?! To żywioł nieobliczalny. Nie wiadomo – bać się go, czy podziwiać. Morze jest obdarowane tak wielkim bogactwem charakteru i urody, że nawet ja, po wielu latach obserwacji, bywam jeszcze zaskoczony. Ale nie przed każdym otworzy duszę. Ów człowiek nie przeżył olśnienia. Nie on jeden…









Helskie mewy o świcie

A potem zaczął swoją niezwykłą wędrówkę przez czas:
- W Stambule gościłem przez pewien czas u Ratyńskich. Mieszkałem w domu zbudowanym wedle starogreckich kanonów. Przebywał w nim swojego czasu Adam Mickiewicz, co mnie, młodego jeszcze człowieka, wbijało w uzasadnioną dumę. Tam poznałem Sulima de Radziwonowicz beja, szlachcica z Podola, szwagra doktora Ratyńskiego. Pewnego wieczoru zaczęliśmy rozmawiać o moim malarstwie. 



Zachód słońca widziany z Jastarni

Wspomniałem o ukończonym właśnie pejzażu przedstawiającym – nie bałby się użyć tego określenia – poetycki zachód słońca nad Złotym Rogiem (zatoką przyległą do Bosforu). Radziwinowicz obejrzał obraz i powiedział z pewną dezaprobatą: - Wy artyści zawsze musicie wszystko upiększyć. Mieszkam tu czterdzieści lat, ale takiego widoku nigdy nie oglądałem. Wasza fantazja robi ten świat daleko cudowniejszym niż jest w rzeczywistości.
Poczułem się dotknięty. Powiedziałem, żeby przyszedł jutro w to samo miejsce porównać pejzaż z misterium wieczoru.
Zjawił się o umówionej godzinie, długo patrzył na obraz i na słońce nisko zwieszone nad horyzontem. Sposępniał na twarzy, zamyślił się. Wreszcie powiedział do mnie: - Wczoraj jeszcze sądziłem, że pan przekroczył granice piękna. Teraz widzę, jak bardzo się myliłem. Natura morza jest wspanialsza nawet od pańskich akwarel…


Ktoś nie pękał, skoczył nad poziomy

Obrazy Mariana Mokwy frapują kolorystyką i nastrojem. Zdają się przemawiać poszumem morskich fal, owiewać twarz słonym wiatrem, albo koić bezkresną zadumą.

Jastarnia

Artysta nie związał się jednak z morzem li tylko z samej fascynacji jego naturą. Urodził się na Kaszubach, w czasie, kiedy polskość trwała przede wszystkim w ludzkich sercach i rodzinnych tradycjach. Dlatego też, jeśli mówił o własnych losach, ujawniał motywy bycia malarzem marynistą, nieuchronnie wracał myślami o rodzinnych okolic Jeziora Wdzydzkiego i do dziadkowych nauk.






Pochmurny Gdańsk

- Miłość do ojcowizny – kontynuował swoje zanurzenie w przeszłości – to wrodzona rzecz. Ten kąt jest częścią mojej istoty. Mógłbym powiedzieć – to ja sam. Żyłem bardzo blisko natury. Ciągnęło mnie tam. Moim najlepszym przyjacielem był stary, omszały głaz Stolem. Jemu powierzałem swoje tajemnice… Kochałem drzewa, jałowce, zwierzęta… Dziadkowi zawdzięczam umiejętność obserwacji świata. Umiał przemówić do mojej wyobraźni, czy to odkrywając przede mną tajniki przyrody, czy strofując za kłosy niedojrzałego żyta zrywane na polu sąsiada. Kiedy tylko przyjeżdżałem ze Starogardu, gdzie chodziłem do niemieckiego gimnazjum, biegłem najpierw do niego, a potem do rodziców. Nikt mi tego nie miał za złe.







Długi Targ gdański

Któregoś dnia przyjechałem do domu i postanowiłem pochwalić się wiedzą wyniesioną ze szkoły. Z przyzwyczajenia poszedłem najpierw do dziadka przywitać się. Pocałowałem go rękę i powiedziałem wesoło, niczego nie przeczuwając: - Guten Tag, Grossvater!
W dziadka jakby piorun strzelił: - Tego się uczyłeś w szkole?! Niemczyzny?! Śmiesz do własnego dziadka mówić językiem wrogów?!
Strasznie krzyczał. Myślałem iść z domu gdzie bądź, byle zejść dziadkowi z oczu. On widząc, że mi się na płacz zbiera, wziął mnie za rękę, zaprowadził nad jezioro i spytał: - Widzisz ten las, tę wodę, te pola?
- Tak dziadku.
- To wszystko, co widzisz, to Polska. Masz jej bronić przed zniemczeniem. Zrobisz tak, jeśli będziesz żył i kształcił się dla niej. Pamiętaj. Gdziekolwiek się znajdziesz – jesteś Polakiem. Nie wypieraj się tego. Obojętne, czy będą cię krzywdzić z tego powodu, czy nie. Tylko Polacy  mogą na tym polu, jeziorze, w lesie odrodzić wolną Polskę. Nigdy o tym nie zapomnij. Póki pamiętasz – Polska jest w tobie. Zapomnisz – Polska umrze.

Widok z Jastarni

Tak mnie wychowywały Kaszuby. Myślę dziś, że gdyby Wybicki nie urodził się tutaj, nigdy nie napisałby: - Jeszcze Polska nie umarła, kiedy my żyjemy…

Marian Mokwa patriotyzm wyniósł z domu, ale historię polskiej obecności nad morzem poznał dopiero w Turcji – dzięki bratu wielkiego wezyra, Ahmedowi Moukhtar Paszy, który dowodził oddziałami tureckimi w Macedonii i, sprawując pieczę nad Muzeum Wojskowym w Stambule, studiował pasjonujące go dzieje Rzeczypospolitej. Tam artysta pojął, jak mało uwagi Polacy poświęcali sprawom morskim. Przysiągł sobie wtedy wszystkie siły poświęcić morzu.






Szukając bursztynu

Gdynia stała się wielką przygodą Mariana Mokwy. Wspominał dni goszczenia w Adelajdzie Eugeniusza Kwiatkowskiego i Tadeusza Wendy. Dyskutował wówczas z nimi gorąco o planach budowy portu i miasta. Wiedział, że gdańszczanie odniosą się wrogo do tej wielkiej inwestycji. Znał ich przecież z lat poprzedzających wybuch I wojny światowej i z lat rewolucji niemieckiej.






Rybacy dobili do brzegu

Artysta zapragnął stworzyć w Gdyni prężne środowisko marynistyczne. Gościł uczniów sławnego Ajwazowskiego: Włodzimierza Nałęcza, Jaksę-Małachowskiego, Lindemana. Współpracował ze Szwanebachem z Wilna i Franciszkiem Szwochem z Warszawy. Opiekował się Antonim Suchankiem w pierwszych latach jego twórczych doświadczeń, widząc w nim wielki talent. W 1924 roku pod osobistym patronatem Józefa Piłsudskiego wystawił w Zachęcie obrazy poświęcone tematyce morskiej. W latach dwudziestych ubiegłego wieku finansował i wydawał czasopismo literacko-artystyczne „Fale”. Na jego łamach współpracował z generałem Mariuszem Zaruskim, Radosławem Krajewskim, wówczas redaktorem odpowiedzialnym, z Franciszkiem Sędzickim – poetą kaszubskim.

Fraktale bałtyckie

Fraktale

Woda maluje światłem

Nad łodzią pełną ryb

W latach trzydziestych ufundował Gdyni Galerię Morską, w której wystawił na stałe cykl 44 monumentalnych obrazów poświęconych morskiej historii Polski, przedstawiających sceny historycznych pobytów na Wybrzeżu królów polskich: Bolesława Chrobrego, Bolesława Krzywoustego, Stefana Batorego, Zygmunta III Wazy, Władysława IV; portrety kaprów i ludzi w szczególny sposób kojarzonych z morzem: Josepha Conrada, Mariusza Zaruskiego, Tadeusza Wendy.



Samotność w bezkresie

W obrazach utrwalił również epizody zlotów słowiańskich rybaków pod kazalnicą Olafa na Bornholmie, zjazdów Pomorzan na skalistym przylądku Arkona na Rugii, gdzie przed wiekami stał gród słowiański ze słynną świątynią Świętowita. Uwiecznił pierwsze zaślubiny morza w odrodzonej Polsce, batalie morskie pod Oliwą ze Szwedami i na Zalewie Wiślanym z Krzyżakami; statki i okręty – drogocenne historyczne symbole marynarki wojennej i handlowej, stare porty w czasach ich dawnej świetności. W pomieszczeniach galerii organizował wystawy marynistyczne, przedstawienia teatralne, odczyty i prelekcje, na które zapraszał co znamienitszych przedstawicieli kultury polskiej. Był w swoim żywiole, spełniając dziadkowe marzenia.





Wschodni kres Helu


We wrześniu 1939 roku przeżył dramat. Utracił dorobek całego życia: galerię, dom, obrazy, które spalono lub zrabowano. Wielu przyjaciół już więcej nie zobaczył. Świat runął na długie 6 lat, a kiedy się odrodził, stał się artyście jakby obcy.








Nostalgia

Był świadkiem przełomu stuleci i kilku epok historycznych, z których każda okazała się inna i nieporównywalna. Gimnazjum, studia, podróże, rozgłos, Rady Ludowe i Żołnierskie, w których zetknął się z doktorem Aleksandrem Majkowskim, propaganda morza – to wszystko zamknęło się pomiędzy rokiem 1906 a 1939.








Plaża w Kuźnicy

II wojna światowa odebrała artyście bodaj najdynamiczniejszą stronę życia – pasję społecznego działania.

Zwierzał się:
- Ta wojna odmieniła ludzi. Sztukę też. Myślę nawet, że sztuka odsunęła się od prozaicznego życia. Namalowałem wiele obrazów przedstawiających wyzwolenie Gdańska i oddających klimat pracy stoczniowców, rybaków, dokerów. Przecież to są ważkie przejawy naszego życia nad Bałtykiem. I co? W pięćdziesiątym szóstym roku posłałem kilka obrazów na jedną wystaw. Wszystkie odrzucono. Spytałem komisarza wystawy o powody, a on mi na to dosadnie: - Tu jest ekspozycja dzieł sztuki a nie akcja propagandowa.
Gdyby dzisiejsza sztuka służyła idei a nie samej sobie, byłaby bogatsza w treści…


Zachód słońca nad Juratą

Po wojnie zmienił się nasz stosunek do morza. Potraktowaliśmy je mniej romantycznie. Zracjonalizowaliśmy spojrzenie na morskie sprawy. Marynistyka straciła dawną siłę społecznego przekonywania. Skupiła się na opiewaniu morskiego … no właśnie czego? Bo piękna to chyba najmniej.







Światłem i cieniem malowane
Molo w Juracie

Spokój na końcu Helu

Marian Mokwa pozostał wierny własnym przekonaniom o sztuce. Nie odstąpił od swojej wizji morza – humanistycznego i jakby niedzisiejszego. Z pokładu statku widział je ostatni raz w 1955 roku. Fascynowała mnie stałość jego uczuć, których nie osłabiła dokuczliwość losu. Wszak przez pewien czas odmawiano mu członkowstwa Polskiego Związku Artystów Plastyków. Omijały go zaproszenia na powojenne zjazdy marynistyczne. Jego obrazów nie dopuszczano do konkursów związanych z tematyką morską. Pomijano go w wystawach o większym prestiżu. Wytykano mu tradycjonalizm i niechęć do wszelkich eksperymentów malarskich. W gruncie rzeczy miano mu za złe jego konsekwentną niezależność artystyczną. Nie doczekał reaktywacji Galerii Morskiej – zmarł w 1987 roku po 98 latach życia.


Wrzesień

Bolała go świadomość, że głośniej o nim było za granicą niż w Polsce. Z przeobrażeń kolorów w jego obrazach dało się odczytać wzloty i upadku ducha towarzyszące jego osobistym przeżyciom i dramatom. Barwy z początkowych lat powojennych stopniowo traciły soczystość na rzecz tonacji łamanych szarościami, przygaszonych aż do monochromatyzmu. Pod koniec życia artysta odzyskiwał z trudem wrażliwość na kolory.











Z mola w Jastarni

Wyznawał:
- Uważam, że sztuka służy harmonii. Jest środkiem społecznego wychowania. Malarstwo powinno przemawiać do ludzi w sposób zrozumiały. Formalne eksperymenty same w sobie nie są dziełem, póki nie przemówią do emocji. Nie wyobrażam sobie w marynistyce akademickich udziwnień. Kieruję się intuicją. Imam się własnych sposobów wyrażania harmonii poszukiwanej przez widzów… 




Nowy sport

Zachód nad Swarzewem

Cisza

Kiedy Leonid Teliga wrócił z rejsu dookoła świata, postanowiono go obdarować czymś efektownym. Ktoś umyślił sobie wręczyć Telidze obraz wzburzonego morza. Odradzałem. Nieskutecznie. Machnąłem ręką, dołożyłem drugi i powiedziałem: - Niech sam wybierze.
Miałem rację. Sięgnął po obraz uspokojonego, rozfilozofowanego morza. Gdy zapytałem go później, dlaczego wybrał ten, odparł: - Mam już dość fal i burz w życiu. Dobiłem do brzegu. Chcę spokoju. Ten obraz mi go daje. Niech mam pewność, że wypełniłem życie uczciwie, niczego z niego nie roniąc.

Dzień się zaczyna

Na koniec zastanawiał się:
- Co dało mi malarstwo? Jednak mimo wszystko szczęście. Ludzie szczęśliwi to ci, którzy przynoszą szczęście innym. Artysta nie jest wielki jako artysta, lecz jako człowiek – w najlepszym humanistycznym sensie. Bez tego nie będzie twórcą sztuki.





A co ja wyniosłem z tego niezwykłego spotkania? Cóż. Niech mówią zdjęcia.

Strażnik wydm