środa, 27 września 2017

O zamkach i pałacach w drodze do Gliwic przy okazji Houston z problemem Katarzyny Grocholi



Wysłuchałem książki Houston, mamy problem! Katarzyny Grocholi. Napisanej w konwencji korpo-show-biznesowej nowomowy przeplatanej przekleństwami, neurotycznymi wstawkami obdarzonego talentem bohatera – bezrobotnego (do czasu) operatora filmowego. Traktującej o problemach męsko-damskich charakterystycznych dla pokolenia trzydziestolatków w przededniu kariery lub porażki osobistej… Jakoś tak... 

Fabuła jak fabuła. Wciąga (lektor się sprawdził). Momentami irytuje. Zwłaszcza kiedy autorka pozbawia bohatera życiowej intuicji. W sytuacjach, w których los podsuwa mu fanty z główną wygraną w loterii życia, a on pozostaje ślepy i głuchy przez swoje rozdygotanie emocjonalne, dziecinną zapiekłość, nieumiejętność odsiewania rzeczy ważnych od błahych. 

Koniec książki to mdły happy end. Taki filmowy… Wstałem od komputera z ulgą, której towarzyszyło przekorne stwierdzenie:
- W życiu tak się nie darzy.

Ale ja nie o tym. Zafrapowało mnie patrzenie na świat jak na kadr filmowy czy fotograficzny. Genialny opis filmu zmontowanego przez bohatera o lipie, drzewie rosnącym przed jego domem… Uderzające spojrzenia na banalne – zdawało by się – codzienne sytuacje. Czasem babskie, gdy autorka rozwodzi się nad wnętrzami mieszkań, czasem męskie… Malarskie opisy, syntetyczne, które nie nużą, jak rozwlekłe i przynudzające opisy krajobrazu Niemna Elizy Orzeszkowej w przymusowej lekturze szkolnej Nad Niemnem

Wyobraźnia we mnie zabuzowała. Owa lipa w szadzi przywołała obrazy starego lasu wzdłuż serpentyn drogi do Biłgoraja. Pokrytego gęstym szronem. I obrazy Jeziora Lucieńskiego skutego grudniowym mrozem, okolonego ścianą sosen oblepionych szadzią, która tak ostro kontrastowała z pozbawionym chmur niebem… Widoki, które wywoływały uczucie ciepła, mimo mrozu wokół…

Uświadomiłem sobie, że też tak postrzegam świat. Kadrami. Spacer bez aparatu fotograficznego to nie spacer. To nuda. Spacer w towarzystwie antycznego cyfrowego Kodaka, potem nieco nowocześniejszego Colpixa, potem Sony’aka (amatorskiej lustrzanki – wymiana obiektywów zawsze mnie irytowała w gorących sytuacjach), w końcu obecnego kompakta Lumixa FZ1000 ma w sobie coś z obietnicy przygody… Nie chcę być jej bohaterem. Wolę obserwować. Nie muszę robić profesjonalnych zdjęć, w dodatku powalających artyzmem. Nawet się na to nie silę. Zdjęcia mają po prostu oddać stan ducha, emocje, wrażenia, w końcu filozoficzne podejście do świata. Który całością i każdym swoim szczegółem potrafi przykuć uwagę. Wystarczy tylko odpowiednie światło, pora dnia, nasycenie powietrza mgłą, dźwięki otoczenia, nastrój… właściwa chwila we właściwym miejscu… niezawodny aparat… zdarzenie trwające mgnienie oka, akurat w chwili uwolnienia migawki… szczęście i przypadek…

Książka okazała się niebanalnym poradnikiem fotograficznym.

Ilustracją wpisu zamki Jury Krakowsko-Częstochowskiej w Bobolicach, Mirowie, Olsztynie pod Częstochową, Siewierzu, i pałace w Pławniowicach i Przyszowicach na Górnym Śląsku.

Zamek w Bobolicach został odrestaurowany w sposób budzący kontrowersje w środowisku konserwatorów zabytków. Dzisiaj jest w nim hotel. Jedni twierdzą, że powinien pozostać w stanie malowniczej ruiny, inni popierają przywrócenie mu właściwości użytkowych… Nie mam zdania. Wolę jednak zabytki żyjące, a nie martwe.

Zamek w Bobolicach po renowacji

Ruiny zamku w Mirowie zostały poddane rekonstrukcji, której celem jest zabezpieczenie obiektu przed całkowitym zawaleniem. Tam, gdzie się dało, zostały odbudowane pomieszczenia użytkowe dla muzeum i obsługi turystycznej… Fascynuje roślinność kserotermiczna na skałkach i pod murami zamczyska. Zwłaszcza egzotyczne – zdawałoby się – skalniaki. Od Mirowa na południe wiedzie szlak pieszy między urokliwymi skałkami.

Widok spod zamku w Mirowie

Zamek w Mirowie

Zamek w Mirowie

Mirów

Temat na zdjęcie i obraz

Olsztyn koło Częstochowy nie potrzebuje reklamy. Zamek jest niebanalny. Jego widok z krajowej S-1 zaskakuje. Stąd zaczyna się najbardziej frapująca część szlaku Orlich Gniazd. Zatrzymaliśmy się w restauracji urządzonej w spichlerzu z XVIII wieku przeniesionym pod zamek z Borowna, o którym pierwsze wzmianki odnotowano już w XII wieku. Restauracja robi wrażenie. Widok zamku spod okapów spichlerza też zajmujący. Nie musimy do rynku w Olsztynie, do ciasnych parkingów. Stąd również można oglądać ruiny pamiętające czasy Kazimierza Wielkiego.


Podolsztyńskie skałki

Warownia kazimierzowska

Kościół parafii Jana Chrzciciela w Olsztynie pod Częstochową

Widok spod spichlerza

Gospodyni zaprasza

Spod okapu

Znad talerza z pierogami

Promocji nie jedno na imię

Mieszkańcy ogródka

Jeść się chce
Zamek Siewierski był siedzibą księstwa siewierskiego. To w czasach, kiedy księstwami stawały się terytoria wielkości średniego powiatu. Zwykle niewystarczające do utrzymania takiego obiektu obronnego. Zbudowany z wypalanej cegły, zespojonej zaprawą wapienną, na sztucznym usypisku, którym zasypano bagno w zakolu Czarnej Przemszy, popadł w ruinę na dobre po zakończeniu wojen napoleońskich. Dzisiaj renowacja polega na zabezpieczeniu ruin. Skutkiem powolnego osuwania się nasypu ściany zamczyska zaczęły się rozstępować. Po wzmocnieniu podstawy plombami i palami geotechnicznymi próbowano odbudowywać część ścian. Okazało się, że zastąpienie zapraw wapiennych cementem nie posłużyło samym cegłom. Cement nie sprzyja odparowaniu wilgoci ze struktury cegły. Przez to ulega ona rozwarstwieniu pod wpływem mrozu i przesuszania. To, co odbudowano w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, rozsypuje się dzisiaj szybciej niż wielowiekowe mury. Przewodnik, który nas oprowadzał po ruinach, zasypał nas mnóstwem szczegółów technicznych. Okazało się, że uczestniczy w pracach renowacyjnych z osobistej pasji.





Przewodnik ma zawsze coś do powiedzenia








Pałac w Pławniowicach został wzniesiony przez rodzinę Ballestremów z północnych Włoch. W obecnym kształcie został wybudowany pod koniec XIX wieku. Naprzeciwko dziedzińca pałacowego stoi pomnik Giowanniego Babtista Angelo von Ballestem di Castellengo, protoplasty śląskiej gałęzi Ballestremów. Napisy upamiętniające tę postać zostały skute i straszą szarymi liniami nie dających się odczytać wierszy. Wokół jest park, w którym dominują metasekwoje (co za olbrzymy), rosną platany, miłorząb, lipy, dęby, cyprysy, czarne sosny. Pod niektórymi drzewami cierpnie skóra. Wyschnięte konary grożą upadkiem... Wzdłuż ogrodu wiedzie szlak Kanału Gliwickiego.

Dom kawalerów

Pałac od strony wejścia

Dziedziniec zewnętrzny

Pałac i czarna sosna

Dziedziniec wewnętrzny

Widok spod pomnika pierwszego śląskiego Ballestrema.



Pałac i metasekwoja

W parku

Czasem nie pałac jest najważniejszy na zdjęciu

Gwarek

Kanał Gliwicki

Widok znad muru

Przyszowice zobaczyliśmy przypadkiem. Właścicielka pensjonatu na pytanie o ciekawostki turystyczne nie miała żadnych propozycji. Stwierdziła:
- Jest tutaj jakiś pałac, w którym urzęduje sołtys.
Po takiej zachęcie cudem było, że się skusiliśmy na spacer.

Siedziba sołtysa Przyszowic

Herb

Przekrzywiona wieża - na szczęście sprawka perspektywy.

Co to wszystko ma wspólnego z Houston, mamy problem!? Niewiele. Poza nie dającą się wyrazić wspólnotą  wrażliwych fotografów i operatorów filmowych – patrzeniem na świat kadrami wypełnionymi treścią. Okazuje się, że fotografowanie i filmowanie ma w sobie coś z pisania literatury pięknej. Bez wrażliwości fotografującego czy filmującego obraz pozostaje bezduszną inwentaryzacją banału.











niedziela, 13 sierpnia 2017

Czy kobiety mogą obyć się bez słów?




Najbardziej wyrafinowana dyskusja najwybitniejszych intelektualistów wydaje się niczym wobec monologu Natury. To dlatego uwielbiam być sam o świcie. Gdy wokół żywej duszy.


Czasem próbuję wyobrazić sobie dyskusję z tuzami tego świata, na przykład z noblistką Wisławą Szymborską, której błyskotliwe skojarzenia i zdolność operowania słowem budziły nie tylko zachwyt, ale i respekt. Czy z introwertyczną obrończynią Puszczy Białowieskiej, Simoną Kossak, nad której sagą pochylam się od tygodni, próbując zrozumieć, w czym rzecz…


Czy miałbym szansę rozmawiać z nimi jak równy z równym? Gdybym na przykład wygrał konkurs, w którym nagrodą byłaby uroczysta kolacja w ich towarzystwie?...


Mając wątpliwości, myślę wówczas, że jedynym ratunkiem przed ucieczką w banał byłaby zmiana entourage’u… Świt na Helu… Wschód słońca nad Łyną albo nad Wisłą… Symfonia Lasu Warmińskiego wiosną… Brzask na szczycie Trzech Koron…


W takim otoczeniu słowa, finezyjne uwagi, intelektualne podniety przestają cokolwiek znaczyć. Natura przemawia całym swoim jestestwem i przenika do myśli wszystkimi dostępnymi zmysłami. Świat zewnętrzny przegląda się w naszej świadomości niczym my sami w lustrze… I jest to tak zajmujące, że słowa stają się zbędne, a błyskotliwa rozmowa, nawet prowadzona szeptem, zdaje się trywialna…


To właśnie powód, dla którego o świcie chcę być sam.


Nie wiem, czy Wisława Szymborska zechciałaby dyskutować, nie używając słów. Już prędzej Simona Kossak, dla której Puszcza Białowieska stała się emanacją kosmosu…


Dla większości z nas Natura jest niewygodna. Trawa twarda, wilgotna, pełna dokuczliwych insektów… Woda nieprzenikniona, głęboka, pełna pułapek, zdradliwych mielizn i głębin… 




























Las groźny, skrywający żmije, trujące grzyby, uschnięte konary wiszące nad głową niczym miecz Damoklesa, groźne i nieprzewidywalne (w naszej pokręconej imaginacji) zwierzęta…





Gdyby Natura była wygodna, ludzkość nie wymyśliłaby architektury, do której łatwiej się dostosować…


I czy kobiety potrafią obyć się bez słów?...