piątek, 15 grudnia 2017

O Białowieży szeptem



Nic tu nie jest jasne


Przeczytałem Białowieżę szeptem Anny Kamińskiej. Ponownie z zaskoczeniem. Myślałem, że po Simonie trudno jej będzie napisać o Puszczy Białowieskiej równie ciekawie. A jednak. Dała radę. Przeczytałem jednym tchem. Chociaż „nic tu nie jest jasne(…). Przychodzi do ciebie ktoś ze wsi do domu i gada, gada, dwie godziny gada, z uśmiechem na twarzy, o rzeczach trudnych i łatwych, i dopiero po dwóch godzinach mówi, o co mu chodzi. Nigdy nie wiesz, czy przyszedł pogadać, czy ma konkretną sprawę. Nie powie wprost. I nie wszystko możesz tu zawsze ustalić. To co ważne, zawsze czai się gdzieś pod powierzchnią tego, co mniej istotne. I ktoś, kto tu przybywa i jest uważny, bardzo szybo może to odczuć”. Autorce pomogła empatia. I umiejętność słuchania. Odcedzania tego, co sensacyjne, od tego, co prawdziwe.

Na początku las nie ujawni swojej natury

Poczułem się jak po kolejnym spacerze w lesie. W pierwszej chwili widzisz tylko drzewa, podszyt, runo, drogę przed sobą, czasem zwierzęta przemykające w oddali. W drugiej usłyszysz szum wiatru, skrzypienie ocierających się konarów, szelest zeszłorocznych liści pod stopami, pękające patyki, na które nadepniesz, gadanie ptaków, a czasem tylko ciszę. Ciekawiej robi się w chwili zaniepokojenia. Bo coś lub ktoś patrzy nie wiedzieć skąd. Największy strach bierze się z omamów albo z obawy przed drugim nieznajomym człowiekiem. 

Mozolne odkrywanie lasu

Jeśli chodzę sam po lesie, przemierzając wielokilometrowe odludzia puszczy napiwodzko-ramuckiej, nigdy nie odczuwam zagrożenia ze strony leśnych zwierząt. Ludziom schodzę z drogi. Zwłaszcza uzbrojonym lub skradającym się. Zdziczałym psom też. W stadzie stanowią nieporównanie większe zagrożenie niż wataha wilków czy dzików. Leśne zwierzęta mają wdrukowany strach przed myśliwymi, leśnikami, grzybiarzami, fotografami. Zdziczałe psy natomiast nie czują żadnego respektu. Chyba że bez lęku zaczniesz im wydawać ostre komendy lub bez lęku pójdziesz wprost na przywódcę stada. Ucieczka przed psami w lesie to najgorsza rzecz, o jakiej możesz pomyśleć w takiej chwili…

Gdy otwiera się przestrzeń

Jeden spacer nie wystarczy, by poznać naturę lasu. Dopiero spacery na przestrzeni lat pozwalają oswoić się z leśnym krajobrazem, którego wzrokiem nie obejmiesz; z historią, której nie doświadczysz bez natknięcia się na zamaskowane ślady ludzkiej egzystencji: zarośnięte fundamenty po domach, sztuczne nasypy, szczątki grobów, zapomniane krzyże…; z ludźmi z sąsiedztwa, z którymi się spotykasz, od których czegoś chcesz, lub którzy czegoś oczekują od ciebie… Tak tworzy się związek między własnym ja i resztą otoczenia.





 
Las z ludzkim odciskiem


Jedno z mgnień życia

Poniekąd czułem się podobnie, wędrując po kartkach Białowieży szeptem. Tyle że autorka przede wszystkim o ludziach przechowujących w pamięci okruchy przedwojennej i powojennej historii. Odsłanianej stopniowo. Krok po kroku (krzak po krzaku). Rozmowa po rozmowie (drzewo po drzewie). Wątek po wątku (dźwięk po dźwięku, nastrój za nastrojem)…


Pisanie o ludziach wymaga skupienia i ważenia słów. By nie przegiąć. Nie urazić uczuć. Nie utracić zaufania. Przy okazji by pogodzić własne postrzeganie zdarzeń z odczuciami opowiadających. Poważne traktowanie rozmówców wymaga odżegnania się od łatwych sensacji i plotek.

















 
Dodaj napis

Białowieża w Białowieży szeptem jawi się skomplikowanym spersonifikowanym tworem. W XX wieku przeszła nieprawdopodobną metamorfozę społeczną i socjologiczną. Znamiennym skutkiem II wojny wykrwawienie lokalnej społeczności i zanik religijnej różnorodności. Zniknęli Żydzi. Mnóstwo białowieżan zostało wysiedlonych, najpierw przez sowietów, potem przez Niemców. Po 1944 roku znowu przez sowietów. Wielu stało się ofiarami hitlerowskiego terroru. Wielu zginęło. Wielu wywędrowało na ziemie zachodnie. Zniknął carski pałac. 


Z całego sztafażu carskich nieruchomości ocalała Białowieża Towarowa, której forma architektoniczna i drewniane ozdoby jako żywo przypominają długi na ponad dwieście metrów zadaszony peron kolejowy dla carskiej salonki, którą bodaj raz przybył car Mikołaj II do Haapsalu. Estońskiego kurortu – źródła natchnienia dla Piotra Czajkowskiego komponującego Jezioro Łabędzie  w centrum nostalgicznego krajobrazu jezior i mokradeł przechodzących subtelnie w płytki Bałtyk.


Białowieża szeptem - to inne spojrzenie na losy społeczności wrośniętej w Puszczę Białowieską.

wtorek, 5 grudnia 2017

O nieznanych związkach w naturze Petera Wohllebena



Bieliki


Przeczytałem kolejną książkę Petera Wohllebena Nieznane więzi natury. Tym razem zaskoczenie lekturą było mniejsze niż poprzednio. Może dlatego, że będąc fanem National Geographic science z wieloma omawianymi w książce sprawami zetknąłem się wcześniej. 


Na przykład z wpływem wilków reintrodukowanych w parku narodowym Yellostowne na odrodzenie się tamtejszej przyrody zdewastowanej przez nadmiar jeleni. Czy wpływem zerwanego cyklu pokarmowego niedźwiedzi na kondycję kanadyjskich i amerykańskich lasów deszczowych nad Pacyfikiem w miejscach, gdzie na rzekach pobudowano hydroelektrownie przecinające szlaki wędrówek łososi pacyficznych. 

Drzewiec wiślanego łęgu

Niedźwiedzie uzależnione od łososi przestały nawozić lasy połososiowymi odchodami bogatymi w azot z negatywnym skutkiem dla ekosystemu. Nie przypadkiem więc na wielu terytoriach Indian zaczęto burzyć przestarzałe elektrownie i przywracać stare łososiowe szlaki na tarliska w potokach. Zresztą system zależności lasów deszczowych od łososi jest o wiele większy. Lasy, oddając żyzne namuły przybrzeżnym wodom Pacyfiku wspomagają wiosenne cykle rozmnażania się planktonu, za którym podążają śledzie, łososie, wieloryby, foki, lwy morskie,… cały morski świat.



Wohlebben zwraca szczególną uwagę na wpływ ciężkich maszyn do zrywki drewna stosowanych w lasach gospodarczych. Stare lasy rosną na glebach o miąższości dwóch, trzech metrów. Które swoją przepuszczalną i przewietrzaną strukturę zawdzięczają wieloletniej i wielopokoleniowej pracy setek gatunków owadów, grzybów, mikrbów, drobnych ssaków uczestniczących w przetwarzaniu opadłych liści, igliwia, martwego drewna, w drążeniu kanałów napowietrzających, wszystkiego tego, co służy odzyskiwaniu związków chemicznych – cegiełek wykorzystywanych przez drzewa i pozostałe rośliny do wzrostu, rozmnażania się, utrzymywania całego bogactwa więzi z mikoryzą i sąsiadami. Około jedną trzecią swoich zasobów energetycznych drzewa oddają symbiotycznym organizmom, jedną trzecią zużywają na przeżycie i obronę przed zagrożeniami, jedną trzecią na własny wzrost.



Kolejny drzewiec nad Wisłą

Po każdym przejeździe ciężkich maszyn następuje nieodwracalne zniszczenie górnej warstwy gleby. Z opłakanym skutkiem dla następnego nasadzonego pokolenia drzew. To że sztucznie introdukowane sadzonki rosną szybko, nie jest dowodem, że ich drewno będzie wyższej jakości, niż drzew rosnących w naturalnych siedliskach. Wystarczy lada trąba powietrzna, by takie lasy waliły się jak zboże podczas gradobicia. Świadczy to niedostatku systemów korzeniowych lub o słabości struktury samych pni.



Lasy naturalne są odporne na huragany. Doświadczyłem tego podczas ataku białego szkwału na Jeziorze Mokrym na szlaku Krutyni pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Rezerwatowy las na nadjeziornej skarpie tylko otrząsnął się po przejściu wściekłego uderzenia, które wywracało wszystko, co na wodzie, podczas gdy stare lasy gospodarcze w sąsiedztwie pokładły się pokotem.




Jest jeszcze jeden opłakany skutek używania ciężkiego sprzętu do zrywki drewna – zmniejszające się zasoby wody gruntowej. Zgnieciona gleba staje się po prostu nieprzepuszczalna. Woda miast wsiąkać spływa po wierzchu do najbliższych strumieni, a te wskutek gwałtownych wezbrań potęgują erozję. Siłę wezbranej wody najłatwiej oglądać na wezbranych uregulowanych potokach górskich. Nic się jej nie oprze. Nawet stalowe konstrukcje mostów na betonowych filarach.

Zając esteta


Każda regulacja stosunków wodnych w lesie za pomocą maszyn melioracyjnych powoduje obniżenie odporności lasu na gradacje tak zwanych szkodliwych owadów. Napisałem tak zwanych, bo przypisywanie owadom jakiejkolwiek szkodliwości czy pożyteczności ma wyłącznie podtekst antropocentryczny. Korniki drukarze, sosnówki choinówki czy inne zdolne do masowego występowania owady atakują wyłącznie leśne monokultury. Które powinno się nazywać plantacjami tarcicy a nie lasami gospodarczymi.


Wiślana sarna


Brodziec piskliwy

Amerykanie, hodując sekwoje dla tartaków, już dawno nie stosują naturalnych nasadzeń. Każda połać przemysłowego lasu jest traktowana roundupem. Drzewa, które w normalnych warunkach potrafią żyć kilka tysięcy lat, osiągając wysokość stu metrów, są wycinane w wieku 50 lat. Nie ma mowy o wykształceniu się na tych plantacjach cech lasu. Lada pożar jest w stanie natychmiast zniweczyć i ten krótkotrwały wysiłek hodowców tarcicy. W Kolorado ocenia się, że naturalnego lasu sekwojowego zostało niecałe dwa tysiące kilometrów kwadratowych.

Czy będziemy mieli jeszcze szansę na takie spotkania?

Gdyby nie pierwotne lasy (laurisiva) na Maderze, których historia trwa od setek tysięcy lat, mieszkańcy wyspy nie korzystaliby z bogatych zasobów naturalnych wody pitnej rozprowadzanej systemem levad, kanałów nawadniających o łącznej długości dwóch tysięcy kilometrów. Tam się nie płaci za wodę, tylko za utrzymanie drożności samego systemu nawadniania.

Mówią, że zwierzęta nie mają empatii

Tymczasem w Polsce lasy w coraz większym stopniu są dostosowywane do tak zwanych potrzeb gospodarki leśnej, w której powszechnie stosuje się maszynowy zrąb zupełny dewastujący podszyt, wypracowaną przez lata naturalną glebę i podglebie, niwecząc stosunki wodne, zubażając gatunkową różnorodność lasu. Co więcej leśnicy uzurpują sobie prawa do wkraczania na tereny rezerwatów i parków narodowych pod pretekstem zwalczania gradacji szkodliwych owadów a myśliwi w celu zaspokajania rzekomych regulacyjnych potrzeb łowieckich. W perspektywie najbliższego pokolenia taka ingerencja w materię polskich lasów przyniesie nieobliczalne skutki. Ostatni orkan pokazał, co potrafi zrobić plantacjom tarcicy na Kaszubach. Nie przypadkiem Ikea tak chętnie przenosi produkcję mebli do Polski, chociaż w rodzimej Skandynawii lasów pod dostatkiem. Szwedzi, Norwegowie, Finowie już dawno zaczęli wyłączać ogromne kompleksy leśne z działalności gospodarczej. Podczas gdy w Polsce hołduje się modelowi amerykańskiemu, zapominając, że nasze zasoby są bardzo, bardzo ograniczone.

Czy jesteśmy w stanie tolerować obecność innych gatunków w swoim otoczeniu?

Las poddany leśnemu i myśliwskiemu lobby bez przysługującej nam obywatelskiej kontroli społecznej stał się po prostu chory i przepełniony zwierzętami. Już nawet nie pełni właściwej sobie funkcji retencji wody pitnej.

Czy jesteśmy zdolni do takiego zbliżenia z naturą?

Zakończę recenzję słowami Petera Wohllebena: ”Całkiem bliskie i bezpośrednio dostrzegalne są efekty ewolucji człowieka w ciągu ostatnich stu tysięcy lat. Jeżeli macie jasną skórę, a do tego jeszcze niebieskie oczy, to każdego ranka wymarły gatunek przesyła wam z lustra ostatnie pozdrowienia.

środa, 27 września 2017

O zamkach i pałacach w drodze do Gliwic przy okazji Houston z problemem Katarzyny Grocholi



Wysłuchałem książki Houston, mamy problem! Katarzyny Grocholi. Napisanej w konwencji korpo-show-biznesowej nowomowy przeplatanej przekleństwami, neurotycznymi wstawkami obdarzonego talentem bohatera – bezrobotnego (do czasu) operatora filmowego. Traktującej o problemach męsko-damskich charakterystycznych dla pokolenia trzydziestolatków w przededniu kariery lub porażki osobistej… Jakoś tak... 

Fabuła jak fabuła. Wciąga (lektor się sprawdził). Momentami irytuje. Zwłaszcza kiedy autorka pozbawia bohatera życiowej intuicji. W sytuacjach, w których los podsuwa mu fanty z główną wygraną w loterii życia, a on pozostaje ślepy i głuchy przez swoje rozdygotanie emocjonalne, dziecinną zapiekłość, nieumiejętność odsiewania rzeczy ważnych od błahych. 

Koniec książki to mdły happy end. Taki filmowy… Wstałem od komputera z ulgą, której towarzyszyło przekorne stwierdzenie:
- W życiu tak się nie darzy.

Ale ja nie o tym. Zafrapowało mnie patrzenie na świat jak na kadr filmowy czy fotograficzny. Genialny opis filmu zmontowanego przez bohatera o lipie, drzewie rosnącym przed jego domem… Uderzające spojrzenia na banalne – zdawało by się – codzienne sytuacje. Czasem babskie, gdy autorka rozwodzi się nad wnętrzami mieszkań, czasem męskie… Malarskie opisy, syntetyczne, które nie nużą, jak rozwlekłe i przynudzające opisy krajobrazu Niemna Elizy Orzeszkowej w przymusowej lekturze szkolnej Nad Niemnem

Wyobraźnia we mnie zabuzowała. Owa lipa w szadzi przywołała obrazy starego lasu wzdłuż serpentyn drogi do Biłgoraja. Pokrytego gęstym szronem. I obrazy Jeziora Lucieńskiego skutego grudniowym mrozem, okolonego ścianą sosen oblepionych szadzią, która tak ostro kontrastowała z pozbawionym chmur niebem… Widoki, które wywoływały uczucie ciepła, mimo mrozu wokół…

Uświadomiłem sobie, że też tak postrzegam świat. Kadrami. Spacer bez aparatu fotograficznego to nie spacer. To nuda. Spacer w towarzystwie antycznego cyfrowego Kodaka, potem nieco nowocześniejszego Colpixa, potem Sony’aka (amatorskiej lustrzanki – wymiana obiektywów zawsze mnie irytowała w gorących sytuacjach), w końcu obecnego kompakta Lumixa FZ1000 ma w sobie coś z obietnicy przygody… Nie chcę być jej bohaterem. Wolę obserwować. Nie muszę robić profesjonalnych zdjęć, w dodatku powalających artyzmem. Nawet się na to nie silę. Zdjęcia mają po prostu oddać stan ducha, emocje, wrażenia, w końcu filozoficzne podejście do świata. Który całością i każdym swoim szczegółem potrafi przykuć uwagę. Wystarczy tylko odpowiednie światło, pora dnia, nasycenie powietrza mgłą, dźwięki otoczenia, nastrój… właściwa chwila we właściwym miejscu… niezawodny aparat… zdarzenie trwające mgnienie oka, akurat w chwili uwolnienia migawki… szczęście i przypadek…

Książka okazała się niebanalnym poradnikiem fotograficznym.

Ilustracją wpisu zamki Jury Krakowsko-Częstochowskiej w Bobolicach, Mirowie, Olsztynie pod Częstochową, Siewierzu, i pałace w Pławniowicach i Przyszowicach na Górnym Śląsku.

Zamek w Bobolicach został odrestaurowany w sposób budzący kontrowersje w środowisku konserwatorów zabytków. Dzisiaj jest w nim hotel. Jedni twierdzą, że powinien pozostać w stanie malowniczej ruiny, inni popierają przywrócenie mu właściwości użytkowych… Nie mam zdania. Wolę jednak zabytki żyjące, a nie martwe.

Zamek w Bobolicach po renowacji

Ruiny zamku w Mirowie zostały poddane rekonstrukcji, której celem jest zabezpieczenie obiektu przed całkowitym zawaleniem. Tam, gdzie się dało, zostały odbudowane pomieszczenia użytkowe dla muzeum i obsługi turystycznej… Fascynuje roślinność kserotermiczna na skałkach i pod murami zamczyska. Zwłaszcza egzotyczne – zdawałoby się – skalniaki. Od Mirowa na południe wiedzie szlak pieszy między urokliwymi skałkami.

Widok spod zamku w Mirowie

Zamek w Mirowie

Zamek w Mirowie

Mirów

Temat na zdjęcie i obraz

Olsztyn koło Częstochowy nie potrzebuje reklamy. Zamek jest niebanalny. Jego widok z krajowej S-1 zaskakuje. Stąd zaczyna się najbardziej frapująca część szlaku Orlich Gniazd. Zatrzymaliśmy się w restauracji urządzonej w spichlerzu z XVIII wieku przeniesionym pod zamek z Borowna, o którym pierwsze wzmianki odnotowano już w XII wieku. Restauracja robi wrażenie. Widok zamku spod okapów spichlerza też zajmujący. Nie musimy do rynku w Olsztynie, do ciasnych parkingów. Stąd również można oglądać ruiny pamiętające czasy Kazimierza Wielkiego.


Podolsztyńskie skałki

Warownia kazimierzowska

Kościół parafii Jana Chrzciciela w Olsztynie pod Częstochową

Widok spod spichlerza

Gospodyni zaprasza

Spod okapu

Znad talerza z pierogami

Promocji nie jedno na imię

Mieszkańcy ogródka

Jeść się chce
Zamek Siewierski był siedzibą księstwa siewierskiego. To w czasach, kiedy księstwami stawały się terytoria wielkości średniego powiatu. Zwykle niewystarczające do utrzymania takiego obiektu obronnego. Zbudowany z wypalanej cegły, zespojonej zaprawą wapienną, na sztucznym usypisku, którym zasypano bagno w zakolu Czarnej Przemszy, popadł w ruinę na dobre po zakończeniu wojen napoleońskich. Dzisiaj renowacja polega na zabezpieczeniu ruin. Skutkiem powolnego osuwania się nasypu ściany zamczyska zaczęły się rozstępować. Po wzmocnieniu podstawy plombami i palami geotechnicznymi próbowano odbudowywać część ścian. Okazało się, że zastąpienie zapraw wapiennych cementem nie posłużyło samym cegłom. Cement nie sprzyja odparowaniu wilgoci ze struktury cegły. Przez to ulega ona rozwarstwieniu pod wpływem mrozu i przesuszania. To, co odbudowano w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, rozsypuje się dzisiaj szybciej niż wielowiekowe mury. Przewodnik, który nas oprowadzał po ruinach, zasypał nas mnóstwem szczegółów technicznych. Okazało się, że uczestniczy w pracach renowacyjnych z osobistej pasji.





Przewodnik ma zawsze coś do powiedzenia








Pałac w Pławniowicach został wzniesiony przez rodzinę Ballestremów z północnych Włoch. W obecnym kształcie został wybudowany pod koniec XIX wieku. Naprzeciwko dziedzińca pałacowego stoi pomnik Giowanniego Babtista Angelo von Ballestem di Castellengo, protoplasty śląskiej gałęzi Ballestremów. Napisy upamiętniające tę postać zostały skute i straszą szarymi liniami nie dających się odczytać wierszy. Wokół jest park, w którym dominują metasekwoje (co za olbrzymy), rosną platany, miłorząb, lipy, dęby, cyprysy, czarne sosny. Pod niektórymi drzewami cierpnie skóra. Wyschnięte konary grożą upadkiem... Wzdłuż ogrodu wiedzie szlak Kanału Gliwickiego.

Dom kawalerów

Pałac od strony wejścia

Dziedziniec zewnętrzny

Pałac i czarna sosna

Dziedziniec wewnętrzny

Widok spod pomnika pierwszego śląskiego Ballestrema.



Pałac i metasekwoja

W parku

Czasem nie pałac jest najważniejszy na zdjęciu

Gwarek

Kanał Gliwicki

Widok znad muru

Przyszowice zobaczyliśmy przypadkiem. Właścicielka pensjonatu na pytanie o ciekawostki turystyczne nie miała żadnych propozycji. Stwierdziła:
- Jest tutaj jakiś pałac, w którym urzęduje sołtys.
Po takiej zachęcie cudem było, że się skusiliśmy na spacer.

Siedziba sołtysa Przyszowic

Herb

Przekrzywiona wieża - na szczęście sprawka perspektywy.

Co to wszystko ma wspólnego z Houston, mamy problem!? Niewiele. Poza nie dającą się wyrazić wspólnotą  wrażliwych fotografów i operatorów filmowych – patrzeniem na świat kadrami wypełnionymi treścią. Okazuje się, że fotografowanie i filmowanie ma w sobie coś z pisania literatury pięknej. Bez wrażliwości fotografującego czy filmującego obraz pozostaje bezduszną inwentaryzacją banału.