piątek, 5 stycznia 2018

"Nadwiślańskie Urzecze" Łukasza Maurycego Stanaszka



Wyspy Zawadowskie


Czytam „Nadwiślańskie Urzecze” Łukasza Stanaszka. To książka, której nie da się zaliczyć w jeden dzień. Zawiera mnóstwo faktów historycznych i obyczajowych. Zilustrowana czarno-białymi zdjęciami przenosi w klimaty XIX i XX wieku. Lektura zmienia spojrzenie na podwarszawską Wisłę, którą odwiedzam z aparatem fotograficznym od kilkunastu lat. Zwykle o świcie.

Nadbrzeż

Gody traczy

Między Nadbrzeżem a Dębówką

Do tej pory fascynowałem się przyrodą podwarszawskiej Wisły: jej rezerwatami ciągnącymi się od Czerska i Góry Kalwarii po ujście Bugo-Narwi w Modlinie; monotonną na pierwszy rzut oka okolicą, pełną topól, wierzb, łęgowych kęp w szachownicy sadów, poletek, łąk i pastwisk, rzadko rozrzuconych zabudowań i domów jednorodzinnych o współczesnej architekturze. 

Sarny

Inżynier Wisły

Polująca rybitwa

Teraz przypadkiem odkryta w warszawskiej Księgarni Historycznej książka otwiera oczy na antropogeniczny aspekt regionu.

Czersk

Most Siekierkowski

Most Świętokrzyski

Rzadki widok na Wiśle za Gassami

Krajobrazu Urzecza nie odkrywa się podczas zwykłego spaceru. Wyda się w pierwszej chwili nudny. Łęgowe lasy zredukowano do nielicznych rezerwatów (łęg pod Oborami), zagajników, kęp między uporządkowanymi polami, kęp między wałami i na wyspach. Pola, miedze, gruntowe drogi, linie wierzb i topól wzdłuż starych ścieżek i grobli, łany trzcin na mokradłach i nad wodnymi oczkami, kępy łozy, mielizny, rozlewiska, rowy melioracyjne, uregulowane strumienie, wyprostowana Jeziorka i Wilanówka… po pewnym czasie nużą. Za dnia mało atrakcyjne o świcie są jednak magiczne.

Dąb nieopodal Wysp Świderskich
Zamglony łęg

Wisła w Gassach

Wyspa Świderska
Wisła w Gassach

Słońce, wstając z przeciwnego brzegu Wisły, odsłania rzeczną dolinę stopniowo. Zapala refleksy i smugi na pomarszczonej wodzie. Bardziej, gdy wieje, mniej, gdy nurt budzi na powierzchni zaledwie delikatne zmarszczki. Zaspane czaple za lada skrzypieniem piasku pod stopami lub hamującego roweru rozpościerają skrzydła i odlatują bezszelestnie ku plażom rzecznego łożyska, gdzie wciąż za ciemno na zdjęcia. Czasem przez nasycony błękit przepłynie oświetlona od spodu para łabędzi i, grając rytmicznie skrzydłami, przetnie smugi jaskrawych spalin po samolotach albo zbliży się do podziobanego kraterami Księżyca.

Cała jaskrawość

Wędkarze
Wędkarze






















Siekierki z Kępy Okrzewskiej

Wyspy Zawadowskie

Kępa bobrów

Wisła widziana z Podłęcza

Wisła pod Dębówką

W tej ciszy trzask migawki aparatu brzmi mistycznie, a skok rapy ponad wodę u podnóża wyspy pobudza zmysły. Jeszcze nie zatrzymałem tej nieobliczalnej ryby w kadrze. Wciąż chwytam tylko wydłużające się kręgi fal.

Siedlisko bobrów

Słońce przegląda się w lustrze nieba i wody, to znów wyłania się z mgły, rozświetlając krajobraz blaskiem nie do zniesienia i przeszywając cienie między gałęziami drzew włóczniami promieni. Czasem wstaje otulone baranicą chmur, to znów przebija czarny całun i rozsyła welony światła na wszystkie strony rzeki. Igra barwami i nastrojem, wabi ptaki, zwodzi zwierzęta. Raz jest zaskakująco wielkie, innym razem dalekie.

Mgła nad Wisłą

Słońce nad Wyspami Świderskimi

Cała jaskrawość

Wisła stopniowo porzuca stalową szatę, wdziewa barwy podmytych brzegów, piasku plaż, ozdabia iskrami zmarszczek i odbiciami drzew. W końcu staje się codzienna w blasku dojrzałego poranka…

Taka gmina

Czytając o nadwiślańskim Urzeczu, zanurzam się w podobne nastroje.. Zgłębiając źródłosłów nazwy regionu, odnajdując słowa zanikającej gwary, wpatrując się w zdjęcia, które utrwaliły reliktowe krajobrazy, powodzie, architekturę olęderskich domów i wiatraków, rozjeżdżone gruntowe drogi, płoty z wikliny, przenoszę się myślami nad Wisłę o świcie.

Urzeczańskie wierzby są twarde

Zaczynam kojarzyć, skąd zauroczenie brzegiem rzeki w godzinach wstającego dnia. Brzask, świt, wschodzące we mgle słońce, cisza nasycona pluskiem wody, samotność… wydobywają z nastroju chwili echa przebrzmiałej i bezpowrotnie odchodzącej w przeszłość historii Urzecza.


Książka jest próbą powstrzymania uciekających chwil. Stare zdjęcia zatrzymały wrażenia, których już nie zaznasz. Po II wojnie światowej zaczęła się nieodwracalna zmiana entourage’u. Z łąk międzywala zniknęły owce. Olęderskie wiatraki nie łamią już linii horyzontu. Stare domostwa ustąpiły miejsca nowym zabudowaniom, których styl nie ma nic wspólnego z architekturą starego Urzecza. Pola wilanowskie, po których biegałem codziennie przed pracą, spotykając sarny, dziki, kuropatwy, lisy, zające, bażanty, wypełniła nowoczesna dzielnica bez wyrazu i charakteru. Warszawa wtargnęła w Urzecze od północy. Wzdłuż wiślanych wałów pojawia się coraz więcej deweloperskich blokowisk, niszcząc charakter chronionego niegdyś zabytkowego krajobrazu. Wszystko się zmienia. Dobrze chociaż, że jest ta książka. Odświeżająca pamięć historyczną.

Jeziorka

Jest jeszcze coś, co wprawiło mnie w zdumienie. Na stronie 211 i 212 drugiego wydania Nadwiślańskiego Urzecza Łukasz Stanaszek napomknął o badaniach opartych na testach genetycznych mieszkańców Urzecza zdradzających historię ich migracji. Na podstawie (nie uniknę niestety terminologii genetycznej) „haplotypów, czyli serii alleli genów położonych w specyficznym miejscu na chromosomie (…) stwierdzono obecność haplotypu charakterystycznego dla ludów ugrofińskich N-M231 z pochodnymi haplogrupami z Mazur – cechującymi genomy Prusów. Okazało się nagle, że między starymi mieszkańcami Urzecza a Prusami z terenów dzisiejszych Mazur i Warmii istniały jakieś związki, nie mające podłoża li tylko handlowego. Zaskakujące to, że ślady genetyczne przetrwały mimo powojennego wysiedlenia mieszkańców, którym udowodniono zastarzałe koneksje niemieckie.

Wiślane krzyżówki

Lektura Nadwiślańskiego Urzecza okazała się równie odświeżająca co moje pierwsze przypadkowe, niezamierzone wtedy, spotkanie z Wisłą przy ujściu Jeziorki. Udokumentowane tym oto niejako symbolicznym zdjęciem – kwintesencją pierwszych odkrywczych wrażeń.


Tak zachwyciła Wisła - od pierwszego wejrzenia

piątek, 15 grudnia 2017

O Białowieży szeptem



Nic tu nie jest jasne


Przeczytałem Białowieżę szeptem Anny Kamińskiej. Ponownie z zaskoczeniem. Myślałem, że po Simonie trudno jej będzie napisać o Puszczy Białowieskiej równie ciekawie. A jednak. Dała radę. Przeczytałem jednym tchem. Chociaż „nic tu nie jest jasne(…). Przychodzi do ciebie ktoś ze wsi do domu i gada, gada, dwie godziny gada, z uśmiechem na twarzy, o rzeczach trudnych i łatwych, i dopiero po dwóch godzinach mówi, o co mu chodzi. Nigdy nie wiesz, czy przyszedł pogadać, czy ma konkretną sprawę. Nie powie wprost. I nie wszystko możesz tu zawsze ustalić. To co ważne, zawsze czai się gdzieś pod powierzchnią tego, co mniej istotne. I ktoś, kto tu przybywa i jest uważny, bardzo szybo może to odczuć”. Autorce pomogła empatia. I umiejętność słuchania. Odcedzania tego, co sensacyjne, od tego, co prawdziwe.

Na początku las nie ujawni swojej natury

Poczułem się jak po kolejnym spacerze w lesie. W pierwszej chwili widzisz tylko drzewa, podszyt, runo, drogę przed sobą, czasem zwierzęta przemykające w oddali. W drugiej usłyszysz szum wiatru, skrzypienie ocierających się konarów, szelest zeszłorocznych liści pod stopami, pękające patyki, na które nadepniesz, gadanie ptaków, a czasem tylko ciszę. Ciekawiej robi się w chwili zaniepokojenia. Bo coś lub ktoś patrzy nie wiedzieć skąd. Największy strach bierze się z omamów albo z obawy przed drugim nieznajomym człowiekiem. 

Mozolne odkrywanie lasu

Jeśli chodzę sam po lesie, przemierzając wielokilometrowe odludzia puszczy napiwodzko-ramuckiej, nigdy nie odczuwam zagrożenia ze strony leśnych zwierząt. Ludziom schodzę z drogi. Zwłaszcza uzbrojonym lub skradającym się. Zdziczałym psom też. W stadzie stanowią nieporównanie większe zagrożenie niż wataha wilków czy dzików. Leśne zwierzęta mają wdrukowany strach przed myśliwymi, leśnikami, grzybiarzami, fotografami. Zdziczałe psy natomiast nie czują żadnego respektu. Chyba że bez lęku zaczniesz im wydawać ostre komendy lub bez lęku pójdziesz wprost na przywódcę stada. Ucieczka przed psami w lesie to najgorsza rzecz, o jakiej możesz pomyśleć w takiej chwili…

Gdy otwiera się przestrzeń

Jeden spacer nie wystarczy, by poznać naturę lasu. Dopiero spacery na przestrzeni lat pozwalają oswoić się z leśnym krajobrazem, którego wzrokiem nie obejmiesz; z historią, której nie doświadczysz bez natknięcia się na zamaskowane ślady ludzkiej egzystencji: zarośnięte fundamenty po domach, sztuczne nasypy, szczątki grobów, zapomniane krzyże…; z ludźmi z sąsiedztwa, z którymi się spotykasz, od których czegoś chcesz, lub którzy czegoś oczekują od ciebie… Tak tworzy się związek między własnym ja i resztą otoczenia.





 
Las z ludzkim odciskiem


Jedno z mgnień życia

Poniekąd czułem się podobnie, wędrując po kartkach Białowieży szeptem. Tyle że autorka przede wszystkim o ludziach przechowujących w pamięci okruchy przedwojennej i powojennej historii. Odsłanianej stopniowo. Krok po kroku (krzak po krzaku). Rozmowa po rozmowie (drzewo po drzewie). Wątek po wątku (dźwięk po dźwięku, nastrój za nastrojem)…


Pisanie o ludziach wymaga skupienia i ważenia słów. By nie przegiąć. Nie urazić uczuć. Nie utracić zaufania. Przy okazji by pogodzić własne postrzeganie zdarzeń z odczuciami opowiadających. Poważne traktowanie rozmówców wymaga odżegnania się od łatwych sensacji i plotek.

















 
Piękno w sensie antropocentrycznym

Białowieża w Białowieży szeptem jawi się skomplikowanym spersonifikowanym tworem. W XX wieku przeszła nieprawdopodobną metamorfozę społeczną i socjologiczną. Znamiennym skutkiem II wojny wykrwawienie lokalnej społeczności i zanik religijnej różnorodności. Zniknęli Żydzi. Mnóstwo białowieżan zostało wysiedlonych, najpierw przez sowietów, potem przez Niemców. Po 1944 roku znowu przez sowietów. Wielu stało się ofiarami hitlerowskiego terroru. Wielu zginęło. Wielu wywędrowało na ziemie zachodnie. Zniknął carski pałac. 


Z całego sztafażu carskich nieruchomości ocalała Białowieża Towarowa, której forma architektoniczna i drewniane ozdoby jako żywo przypominają długi na ponad dwieście metrów zadaszony peron kolejowy dla carskiej salonki, którą bodaj raz przybył car Mikołaj II do Haapsalu. Estońskiego kurortu – źródła natchnienia dla Piotra Czajkowskiego komponującego Jezioro Łabędzie - w centrum nostalgicznego krajobrazu jezior i mokradeł przechodzących subtelnie w płytki Bałtyk.


Białowieża szeptem - to inne spojrzenie na losy społeczności wrośniętej w Puszczę Białowieską.