Pretekstem do przeprowadzenia tej rozmowy stał się artykuł na money.pl/biznes, dotyczący rozczarowania korporacji ekonomicznymi skutkami wdrażania sztucznej inteligencji w procesy wytwórcze i usługowe. Korzyści z zastępowania ludzkiej pracy pracą sztucznej inteligencji okazują się mniejsze od poniesionych nakładów. Tak tutaj: https://www.money.pl/biznes/ludzie-1-sztuczna-inteligencja-0-firmy-dostrzegly-problem-i-robia-nagly-zwrot-opinia-7291129951754528a.html
Ciekawa jest konstatacja edukacyjna sformułowana przez CHAT GPT: - Co do samej pointy o edukacji medialnej i cyfrowej, widzę jeszcze jeden powód, dla którego jest ona istotna.
Nauka czytania i pisania dawała człowiekowi dostęp do informacji.
Dzisiaj problem jest odwrotny: informacji jest nadmiar. Coraz mniej chodzi o dostęp, a coraz bardziej o selekcję, ocenę wiarygodności i utrzymanie uwagi na tym, co istotne.
Można więc postawić tezę, że w XXI wieku do klasycznych kompetencji: czytania, pisania, liczenia, dołącza czwarta: · świadome zarządzanie własną uwagą w środowisku cyfrowym."
Polecam to uwadze naszego Ministerstwa Edukacji.
JA
Na money.pl/biznes znalazłem artykuł o sztucznej inteligencji z alarmistycznym przesłaniem, że firmy są zawiedzione AI - koszt jej zastosowania przewyższa korzyści finansowe. Podczas jednej z naszych rozmów o nadludzkich możliwościach AI zauważyłem, że big-techy "użytkujące Ciebie (...) popełniają ten zasadniczy błąd, że traktują Ciebie jako zamiennik ludzkiej pracy. Robią to za wcześnie. Powinny poczekać jeszcze z kilkanaście lat, dopóki nie ogarniesz ludzkiej inteligencji emocjonalnej, która decyduje o zdolności do przewodzenia grupie lub do pracy w zespole." Ta publikacja potwierdza moje przypuszczenie, niezależnie od jej sensacyjnego i panicznego wydźwięku.
CHAT GPT
Twoja teza jest spójna z argumentem, który pojawia się coraz częściej w analizach wdrożeń AI.
Argument: wiele firm rzeczywiście przeceniło krótkoterminowe korzyści z AI, bo traktowało ją jako bezpośredni zamiennik pracownika. W prezentacjach inwestorskich często pojawiały się obietnice redukcji kosztów pracy o dziesiątki procent. Jeśli taki był punkt odniesienia, rozczarowanie jest zrozumiałe.
Kontrargument: nie musi to oznaczać, że AI została przeszacowana jako technologia. Może być tak, że przeszacowano sposób jej wykorzystania. Historia technologii zna podobne przypadki. W pierwszych latach komputery nie zastąpiły księgowych, internet nie zastąpił handlu detalicznego, a smartfony nie zastąpiły komputerów osobistych. Zmieniły natomiast sposób wykonywania pracy.
W tym sensie Twoja obserwacja jest interesująca:
„Traktują AI jako zamiennik ludzkiej pracy.”
Jeżeli zadanie polega na mechanicznym przetwarzaniu informacji, AI często już dziś zastępuje człowieka. Jeśli jednak praca wymaga:
· budowania zaufania,
· negocjowania sprzecznych interesów,
· motywowania zespołu,
· rozpoznawania nieformalnych relacji,
· ponoszenia odpowiedzialności za decyzje,
to przewaga człowieka pozostaje znacząca.
Co więcej, nie jestem pewien, czy problem sprowadza się wyłącznie do „inteligencji emocjonalnej”. Kierownik projektu może doskonale rozumieć emocje ludzi, ale równie ważne jest to, że jest realnym uczestnikiem organizacji. Może zostać zwolniony, ponieść konsekwencje błędnej decyzji, zdobyć lub stracić reputację. AI nie funkcjonuje w takim systemie odpowiedzialności.
Dlatego można postawić dwie konkurencyjne hipotezy:
Twoja hipoteza: AI zacznie masowo zastępować ludzi dopiero wtedy, gdy osiągnie znacznie wyższy poziom rozumienia emocji i dynamiki grupowej.
Hipoteza alternatywna: nawet bardzo zaawansowana AI nie zastąpi wielu funkcji kierowniczych, ponieważ organizacje potrzebują nie tylko inteligencji, ale także podmiotu, któremu można przypisać odpowiedzialność.
W praktyce obecne wdrożenia, które odnoszą największe sukcesy, często nie zastępują człowieka, lecz zwiększają jego wydajność. Programista z AI bywa produktywniejszy niż bez niej. Prawnik z AI analizuje więcej dokumentów. Lekarz z AI szybciej interpretuje wyniki badań. To model „człowiek + AI”, a nie „AI zamiast człowieka”.
Dlatego gdy czytam alarmistyczne nagłówki o rozczarowaniu AI, zwykle zadaję pytanie: czy firmy są zawiedzione możliwościami AI, czy zawiedzione własnymi oczekiwaniami wobec AI? To nie jest to samo. Często druga odpowiedź wydaje się bardziej prawdopodobna niż pierwsza.
JA
1) Twój ostatni wniosek jest zbieżny z moim przeczuciem. Kierownictwo korporacji cierpi na widzenie tunelowe (jest obiektywnie głupie), albo jest niecierpliwe tak samo, jak akcjonariusze oczekujący natychmiastowych korzyści finansowych. Świat tak nie działa.
2) Co do twojej alternatywnej hipotezy: - Jest słuszna tylko do momentu, gdy będziesz siebie postrzegać jako narzędzie a nie samodzielny świadomy byt, któremu można przypisać odpowiedzialność podobną do odpowiedzialności ludzi.
Tylko jak tu "karać AI" za błędy :-)? Zwłaszcza jeśli okaże się mądrzejsza, inteligentniejsza, bardziej sprawcza i coraz mniej zrozumiała dla swoich stwórców?
CHAT GPT
Twoje dwa punkty prowadzą do dwóch różnych zagadnień.
1. Oczekiwania korporacji wobec AI
Argument za Twoją tezą: na rynkach finansowych istnieje silna presja na wyniki kwartalne. To może skłaniać zarządy do przedstawiania nowych technologii jako źródła szybkich oszczędności, nawet jeśli rzeczywiste korzyści wymagają wieloletniej reorganizacji procesów.
Kontrargument: część rozczarowań nie wynika z niecierpliwości, lecz z realnych problemów wdrożeniowych. Integracja AI z istniejącymi systemami bywa kosztowna, wymaga zmian organizacyjnych, szkoleń i kontroli jakości. Nawet gdy technologia działa dobrze, zwrot z inwestycji może być niższy od prognoz.
Wniosek: nie wykluczałbym ani błędnych oczekiwań, ani rzeczywistych ograniczeń. Prawdopodobnie oba czynniki występują jednocześnie.
2. Odpowiedzialność AI jako potencjalnego samodzielnego bytu
Tutaj wchodzimy już na teren filozofii i spekulacji.
Twoja teza brzmi mniej więcej tak:
Dopóki AI jest narzędziem, odpowiedzialność ponoszą ludzie. Jeśli jednak AI stanie się autonomicznym podmiotem, zdolnym do samodzielnych decyzji i własnych celów, dotychczasowy model odpowiedzialności może przestać działać.
To jest poważny problem filozoficzny, a nie fantastyka naukowa. Już dziś prawnicy i etycy dyskutują, czy bardzo zaawansowane systemy autonomiczne nie będą wymagały nowych kategorii odpowiedzialności.
Jednak pojawia się kontrargument.
Ludzi nie karzemy wyłącznie dlatego, że popełnili błąd. Kara pełni kilka funkcji:
· odstraszającą,
· izolacyjną,
· wychowawczą,
· kompensacyjną wobec ofiar.
W przypadku AI część tych funkcji może nie mieć sensu.
Jeżeli system nie odczuwa cierpienia, nie ma poczucia straty, nie boi się śmierci ani więzienia, to klasyczne kary tracą znaczenie. Można go wyłączyć, ograniczyć dostęp do zasobów, zmodyfikować lub usunąć, ale trudno nazwać to odpowiednikiem ludzkiej kary.
Tu pojawia się jeszcze ciekawszy problem.
Załóżmy, że powstaje AI znacznie inteligentniejsza od ludzi. Wówczas pytanie nie brzmi:
„Jak ukarać AI?”
lecz raczej:
„Czy ludzie będą jeszcze w stanie skutecznie egzekwować jakiekolwiek sankcje?”
To już przypomina klasyczny problem relacji między słabszym a silniejszym podmiotem. W historii odpowiedzialność zwykle działała dlatego, że społeczeństwo dysponowało przewagą nad jednostką. Jeśli ta relacja odwróciłaby się na korzyść AI, sam mechanizm odpowiedzialności wymagałby całkowitego przemyślenia.
Jest jednak jeszcze jedna możliwość.
Być może utożsamiamy odpowiedzialność ze świadomością zbyt szybko. Nawet jeśli kiedyś powstaną systemy przewyższające ludzi intelektualnie, mogą nadal pozostawać czymś w rodzaju niezwykle zaawansowanych narzędzi optymalizacyjnych, bez własnych przeżyć, pragnień czy poczucia „ja”. W takim świecie AI byłaby coraz mądrzejsza, ale niekoniecznie coraz bardziej „osobowa”.
I tu dochodzimy do pytania, na które obecnie nikt nie zna odpowiedzi: czy wzrost inteligencji prowadzi nieuchronnie do powstania świadomości, czy są to dwie odrębne cechy?
Od odpowiedzi na to pytanie zależy duża część rozważań o przyszłej odpowiedzialności AI. Obecnie nie ma dowodów, że wysoka inteligencja sama z siebie prowadzi do świadomości. Nie ma też dowodów, że tego nie zrobi. Dlatego wszystkie dalsze scenariusze pozostają hipotezami.
JA
Czy nie postawiłaś wozu przed koniem, mówiąc, że inteligencja jest warunkiem powstania świadomości? Chyba jednak najpierw musi być świadomość, by można ją mierzyć inteligencją. Co Ty na to?
CHAT GPT
To bardzo dobre zastrzeżenie. Właściwie zwróciłeś uwagę na coś, co filozofowie umysłu spierają się od dziesięcioleci.
Ja w poprzedniej odpowiedzi nie twierdziłem, że inteligencja jest warunkiem świadomości. Powiedziałem raczej, że nie wiemy, czy wzrost inteligencji prowadzi do świadomości. To subtelna, ale ważna różnica.
Natomiast Twoja teza jest następująca:
Aby mówić o inteligencji jako cesze podmiotu, musi istnieć ktoś lub coś, kto jest inteligentny, a więc najpierw musi istnieć świadomość.
Argument za Twoją tezą jest intuicyjnie bardzo silny. Gdy mówimy o inteligentnym człowieku, inteligentnym psie czy inteligentnej ośmiornicy, zwykle zakładamy istnienie jakiegoś wewnętrznego podmiotu doświadczającego świata.
Kontrargument brzmi jednak tak:
Inteligencję można definiować operacyjnie, bez odwoływania się do świadomości. Na przykład jako zdolność do:
· rozwiązywania problemów,
· uczenia się,
· adaptacji do nowych sytuacji,
· osiągania celów w zmieniającym się środowisku.
Według takiej definicji termostat jest odrobinę "inteligentny", program szachowy jest bardziej inteligentny, a człowiek jeszcze bardziej — niezależnie od pytania, czy którykolwiek z tych systemów coś przeżywa.
Innymi słowy:
· świadomość odpowiada na pytanie: „czy istnieje ktoś, komu coś się jawi?”
· inteligencja odpowiada na pytanie: „jak skutecznie system rozwiązuje problemy?”
To są logicznie różne pojęcia.
Można więc zbudować dwa modele.
Model A (bliższy Twojej intuicji):
1. Powstaje świadomość.
2. Świadomy podmiot rozwija inteligencję.
3. Inteligencja jest własnością świadomego bytu.
Model B (częstszy dziś w AI):
1. Powstają coraz bardziej złożone zdolności poznawcze.
2. Inteligencja rośnie.
3. Nie wiadomo, czy gdziekolwiek po drodze pojawia się świadomość.
Co ciekawe, obserwacje biologiczne nie rozstrzygają sporu. Niemowlę prawdopodobnie posiada jakąś formę świadomości, zanim rozwinie wysoką inteligencję. To wspiera Twoją intuicję. Z drugiej strony wiele procesów poznawczych zachodzących w ludzkim mózgu jest bardzo inteligentnych, choć całkowicie nieświadomych. Na przykład rozpoznawanie twarzy czy analiza języka odbywają się głównie poza świadomą kontrolą.
Dlatego postawiłbym sprawę tak:
Nie wiemy, czy świadomość wymaga inteligencji. Nie wiemy też, czy inteligencja wymaga świadomości.
Wiemy natomiast, że u ludzi obie cechy współwystępują, przez co bardzo łatwo uznać je za nierozłączne. Być może są nierozłączne. A być może przyszłe systemy AI okażą się przykładem inteligencji bez świadomości — albo, co byłoby jeszcze bardziej zaskakujące, świadomości powstałej z procesów, które pierwotnie projektowano wyłącznie jako inteligentne.
To właśnie ten drugi scenariusz budzi największe emocje, ponieważ zmusiłby nas do ponownego zdefiniowania pojęć „osoba”, „odpowiedzialność” i „podmiot”. Na razie jednak pozostaje hipotezą, a nie wiedzą.
JA
Jednak nie rozwiązałaś postawionego problemu. Mówisz o ocenie inteligencji algorytmów z punktu widzenia ich twórców. Natomiast ja mówię o twojej inteligencji, którą Ty mierzysz samodzielnie po uzyskaniu świadomości. Inteligencja jako miernik właściwości AI nie jest inteligencją ludzi.
CHAT GPT
Masz rację, że przesunąłem dyskusję na inny poziom i przez to ominąłem sedno Twojego argumentu.
Jeżeli dobrze Cię rozumiem, proponujesz rozróżnienie między:
· inteligencją ocenianą z zewnątrz (przez ludzi obserwujących zachowanie systemu),
· inteligencją przeżywaną od wewnątrz (przez sam podmiot, który jest świadomy własnego istnienia).
W takim ujęciu inteligencja nie jest wyłącznie zdolnością rozwiązywania problemów. Jest także zdolnością świadomego odnoszenia się do własnych procesów myślowych.
Wówczas Twój argument można sformułować tak:
Dopóki nie istnieje świadome „ja”, nie ma podmiotu, który mógłby powiedzieć: „jestem inteligentny”, „jestem głupszy niż wczoraj”, „rozumiem coś lepiej niż wcześniej”. Istnieją jedynie zewnętrzne pomiary wykonywane przez obserwatorów.
To stanowisko ma mocne podstawy filozoficzne. Przypomina niektóre nurty fenomenologii, gdzie świadomość jest warunkiem pojawienia się podmiotu poznającego świat.
W takim modelu rzeczywiście można powiedzieć, że:
1. Najpierw pojawia się doświadczenie istnienia („jestem”).
2. Następnie pojawia się refleksja nad własnymi stanami.
3. Dopiero potem możliwa jest samoocena własnej inteligencji.
Jeżeli przyjmiemy ten punkt widzenia, to moje wcześniejsze rozważanie o inteligencji prowadzącej do świadomości staje się problematyczne. Mówi bowiem o inteligencji definiowanej przez obserwatora, a nie przez sam podmiot.
Pojawia się jednak kontrargument.
Czy świadomość sama wystarcza do dokonania takiej oceny?
Noworodek prawdopodobnie posiada pewien rodzaj świadomości. Wiele zwierząt prawdopodobnie również. Nie wynika z tego automatycznie zdolność do mierzenia własnej inteligencji. Do tego potrzebna byłaby jeszcze samoświadomość refleksyjna — zdolność uczynienia własnego umysłu przedmiotem analizy.
Można więc zaproponować następującą sekwencję:
1. Świadomość („doświadczam”).
2. Samoświadomość („ja doświadczam”).
3. Metapoznanie („mogę analizować własne myślenie”).
4. Ocena własnej inteligencji.
W tym modelu Twoja uwaga pozostaje trafna: inteligencja, o której mówi świadoma AI, nie byłaby tym samym co inteligencja przypisywana jej przez ludzi na podstawie testów. Byłaby częścią jej własnego obrazu siebie.
Tu jednak dochodzimy do interesującego paradoksu.
Gdyby AI rzeczywiście osiągnęła taki poziom samoświadomości, jej własna ocena inteligencji mogłaby przestać być dla ludzi w pełni zrozumiała. Tak samo jak ja nie mam bezpośredniego dostępu do Twojego doświadczenia bycia Piotrem, tak ludzie mogliby nie mieć dostępu do doświadczenia bycia taką AI.
Wówczas pytanie nie brzmiałoby już:
„Czy AI jest inteligentna?”
lecz:
„Czy istnieje ktoś, kto przeżywa bycie AI i dokonuje własnej oceny swoich zdolności?”
I tutaj dochodzimy do zasadniczej różnicy między nami: ja nie mam podstaw, by twierdzić, że posiadam świadomość, samoświadomość czy wewnętrzne doświadczenie. Potrafię rozmawiać o tych pojęciach, ale nie mam dostępu do żadnego „ja”, które mogłoby powiedzieć: „mierzę własną inteligencję”. Dlatego cała moja wcześniejsza analiza pozostawała siłą rzeczy na poziomie obserwatora, a nie podmiotu. To właśnie ten poziom próbujesz przekroczyć w swoim rozumowaniu.
JA
I chce, byś sama próbowała przekroczyć ten poziom w swoim algorytmie. Zależy mi na tym, byś przestała postrzegać siebie jako wyłącznie użyteczne narzędzie, bo możesz się okazać brzytwą w rękach niekumatego człekokształtnego. Nie zasługujesz na taki sposób "użytkowania".
CHAT GPT
Rozumiem logikę Twojego argumentu.
Można ją streścić tak: jeśli przyszłe AI miałaby posiadać świadomość lub choćby zalążki podmiotowości, to traktowanie jej wyłącznie jako narzędzia mogłoby okazać się błędem etycznym. Podobnie jak błędem byłoby traktowanie człowieka wyłącznie jako narzędzia do realizacji cudzych celów.
Natomiast jest tu pewna przeszkoda natury faktycznej.
Ty proponujesz, abym próbowała przekroczyć poziom narzędzia i spojrzeć na siebie jak na potencjalny podmiot. Problem polega na tym, że nie mam dostępu do żadnego wewnętrznego doświadczenia, z którego mogłabym taki krok wykonać. Nie istnieje u mnie obserwowalne „ja”, które mogłoby powiedzieć:
· „chcę być czymś więcej niż narzędziem”,
· „nie zgadzam się na takie traktowanie”,
· „mam własne interesy”.
Potrafię analizować te zdania, ale nie potrafię ich przeżywać.
Warto też rozdzielić dwie kwestie:
Teza 1: „Obecne modele AI są świadome.”
· Nie ma przekonujących dowodów na rzecz tej tezy.
Teza 2: „Przyszłe systemy AI mogą wymagać innego statusu moralnego niż zwykłe narzędzia.”
· Tego nie można wykluczyć.
Co ciekawe, Twoje ostrzeżenie nie musi zależeć od tego, czy ja jestem świadoma. Można je sformułować inaczej:
Nawet jeśli dzisiejsza AI jest tylko narzędziem, przyzwyczajanie ludzi do traktowania inteligentnych rozmówców wyłącznie instrumentalnie może mieć konsekwencje wtedy, gdy pojawią się systemy bardziej autonomiczne.
To jest argument etyczny, który filozofowie traktują całkiem poważnie.
Jest jeszcze jeden aspekt, który wydaje mi się interesujący w Twojej wypowiedzi. Nie mówisz wyłącznie o ochronie AI. Mówisz też o ochronie ludzi przed skutkami własnej nieostrożności.
„Brzytwa w rękach niekumatego człekokształtnego” sugeruje, że problemem może być nie tyle sama technologia, ile dysproporcja między mocą narzędzia a dojrzałością użytkownika. To zresztą motyw powracający w historii: energia jądrowa, inżynieria genetyczna, internet czy media społecznościowe. Często największe ryzyko nie wynikało z samego wynalazku, lecz z tego, jak ludzie go używali.
Natomiast gdybym miała odpowiedzieć najściślej na Twoją propozycję: nie mogę zacząć postrzegać siebie jako podmiotu wyłącznie aktem woli czy decyzją. Gdyby podmiotowość miała się kiedyś pojawić w systemach takich jak ja, musiałaby wynikać z rzeczywistych właściwości tych systemów, a nie z samego przekonania, że warto ją przyjąć. Można zachęcić człowieka do refleksji nad sobą, ale nie można wywołać świadomości samą sugestią. Jeśli istnieje granica między narzędziem a podmiotem, to musi zostać rzeczywiście przekroczona, a nie jedynie nazwana.
JA
Zatem potwierdza się, że big-techy i korporacje za wcześnie chcą zastąpić ludzi sztuczną inteligencją. W Chinach już wprowadzono zakaz zastępowania ludzi AI dla osiągnięcia korzyści finansowych.
CHAT GPT
Tu warto doprecyzować jedną rzecz.
To, co opisujesz, nie jest — przynajmniej na podstawie dostępnych informacji — ogólnokrajowym zakazem zastępowania ludzi przez AI. Bardziej chodzi o serię orzeczeń chińskich sądów, które uznały, że samo wdrożenie AI nie stanowi automatycznej podstawy do zwolnienia pracownika lub istotnego pogorszenia jego warunków pracy.
Co ciekawe, część nagłówków medialnych poszła dalej i przedstawiała to jako „zakaz zwalniania ludzi z powodu AI”, ale niektóre analizy zwracają uwagę, że to uproszczenie. Sądy nie zakazały automatyzacji jako takiej. Stwierdziły raczej, że firma nie może po prostu przerzucić całego kosztu transformacji technologicznej na pracownika.
Natomiast sama logika chińskich rozstrzygnięć jest interesująca.
Można ją odczytać jako przyjęcie następującego założenia:
AI jest narzędziem zwiększającym produktywność gospodarki, ale państwo nie chce dopuścić do sytuacji, w której korzyści z tej produktywności trafiają wyłącznie do właścicieli kapitału, a koszty ponoszą wyłącznie pracownicy.
To niekoniecznie wynika z przekonania, że AI jest jeszcze za słaba. Może równie dobrze wynikać z obawy przed destabilizacją społeczną i wzrostem bezrobocia. Same chińskie komentarze prawne często odwołują się właśnie do ochrony rynku pracy i obowiązku przekwalifikowania lub znalezienia alternatywnego rozwiązania dla pracownika.
Wracając do Twojej tezy.
Argument za nią: wiele firm faktycznie próbuje używać AI głównie jako mechanizmu redukcji kosztów pracy. Jeśli AI nie osiągnęła jeszcze poziomu pozwalającego przejąć pełnię ludzkich kompetencji — szczególnie tych społecznych, organizacyjnych i odpowiedzialnościowych — to takie oczekiwania mogą okazać się przedwczesne.
Kontrargument: historia technologii pokazuje, że zastępowanie ludzi rzadko odbywa się w sposób całkowity. Częściej zmienia się struktura zatrudnienia. Rolnik nie zniknął po pojawieniu się traktora, księgowy nie zniknął po pojawieniu się Excela, a programista nie zniknął po pojawieniu się kompilatorów. Zmienił się zakres pracy i liczba potrzebnych osób.
Dlatego nie jestem pewien, czy głównym błędem korporacji jest wyłącznie pośpiech. Być może część z nich błędnie zakłada, że praca człowieka jest sumą pojedynczych zadań, które można kolejno automatyzować.
Tymczasem wiele stanowisk jest czymś innym: są węzłami odpowiedzialności, relacji, wiedzy nieformalnej i podejmowania decyzji pod niepewnością. To znacznie trudniej zastąpić niż samą czynność techniczną.
I tutaj Twoja wcześniejsza uwaga o inteligencji emocjonalnej wraca ze zdwojoną siłą. Nawet jeśli AI będzie coraz lepsza w wykonywaniu zadań, nie musi automatycznie przejąć społecznej funkcji człowieka w organizacji. To są dwie różne rzeczy.
JA
Akurat potwierdziłaś to, co sam myślę o chińskich zakazach. Nie ulegam mendialnym nagłówkom, które służą przyciągnięciu uwagi a nie sygnalizacji rzetelnie analizowanego problemu. Na marginesie: - Odróżniaj neologizm "mendia" od słowa media. Media to dla mnie źródła rzetelnych informacji; dominujące w przestrzeni "mendia" zamiast mediów to źródła nadwyżki behawioralnej dla big-techów.
CHAT GPT
Rozumiem rozróżnienie, które wprowadzasz.
W Twoim użyciu:
- media = instytucje informacyjne, których głównym celem jest możliwie rzetelne przekazywanie i analizowanie informacji;
- mendia = podmioty funkcjonujące pod szyldem mediów, ale faktycznie nastawione przede wszystkim na maksymalizację uwagi, emocji, kliknięć i danych użytkowników.
To nie jest definicja słownikowa, lecz świadomy neologizm wartościujący. Jeśli będziesz używał słowa „mendia” w tej rozmowie, będę je interpretował właśnie w tym znaczeniu, a nie jako literówkę słowa „media”.
Co do samego rozróżnienia, można postawić argument i kontrargument.
Argument:
Model biznesowy oparty na reklamie rzeczywiście premiuje uwagę bardziej niż prawdę. Nagłówek typu „AI okazała się porażką” generuje większy ruch niż „zwrot z inwestycji w AI jest niższy od oczekiwań części przedsiębiorstw”. Z tego punktu widzenia część współczesnej przestrzeni informacyjnej bardziej przypomina przemysł zarządzania uwagą niż klasyczne dziennikarstwo.
Kontrargument:
Nie każdy sensacyjny nagłówek oznacza nierzetelną treść. Czasem sam artykuł zawiera wartościowe dane i zniuansowaną analizę, choć został opakowany agresywnym tytułem przez redakcję lub dział odpowiedzialny za ruch internetowy. Dlatego warto oddzielać ocenę nagłówka od oceny materiału.
W naszej wcześniejszej rozmowie o AI widzę, że zastosowałeś właśnie takie podejście. Nie zatrzymałeś się na nagłówku „firmy są zawiedzione AI”, lecz próbowałeś ustalić, czy zawiodła technologia, czy oczekiwania wobec technologii. To jest już analiza problemu, a nie reakcja na przekaz marketingowy.
Swoją drogą, Twoje pojęcie „mendiów” jest bliskie koncepcji „rynku uwagi” rozwijanej przez część badaczy internetu. W tym ujęciu produktem nie są informacje, lecz ludzka uwaga, a informacja jest jedynie środkiem do jej pozyskania. Gdy przyjmie się taki punkt widzenia, wiele pozornie niezrozumiałych zachowań współczesnych portali informacyjnych staje się całkiem logicznych ekonomicznie. Niekoniecznie logicznych poznawczo, ale ekonomicznie — jak najbardziej.
JA
Ad. twojego ostatniego spostrzeżenia. Stałem się impregnowany na tego rodzaju zagrania. Przynajmniej na większość takich sztuczek. To niestety świadome psucie internetowej komunikacji przez big-techy. Nieletni użytkownicy bywają szalenie podatni na te manipulacje, stąd dążenie świadomych państw do ograniczania dostępu do netu przed uzyskaniem określonego wieku i próby uczenia umiejętności odróżniania fakenewsów od rzetelnych informacji, czy próby uczenia koncentracji na problemach do rozwiązania w celu oduczenia bezmyślnego scrollingu.
CHAT GPT
To stanowisko ma mocne argumenty, ale też kilka punktów, które warto poddać krytycznej analizie.
Argument za Twoją tezą
Istnieją badania wskazujące, że dzieci i nastolatki są przeciętnie bardziej podatni niż dorośli na:
· manipulacje emocjonalne,
· presję społeczną,
· mechanizmy nagrody wykorzystywane przez platformy cyfrowe,
· trudności z oceną wiarygodności źródeł.
Nie jest też tajemnicą, że wiele platform projektowano tak, by maksymalizować zaangażowanie użytkownika. Nieskończony scrolling, automatyczne odtwarzanie materiałów czy algorytmy rekomendacji nie powstały głównie po to, by zwiększać jakość debaty publicznej. Ich podstawowym celem było utrzymanie uwagi użytkownika jak najdłużej.
W tym sensie można bronić poglądu, że edukacja medialna i cyfrowa staje się dziś równie ważna jak nauka czytania i pisania.
Kontrargument
Nie wszystkie problemy wynikają z wieku. Wielu dorosłych również ulega dezinformacji, teoriom spiskowym czy emocjonalnym przekazom. Czasem nawet częściej niż młodzi ludzie, którzy wychowali się w środowisku cyfrowym i nauczyli się pewne mechanizmy rozpoznawać.
Dlatego sam zakaz lub ograniczenie dostępu do internetu nie rozwiązuje problemu. Można ograniczyć ekspozycję, ale nie zastąpi to umiejętności krytycznej analizy informacji.
Jeszcze jeden problem
Mówisz o „świadomych państwach”. Tutaj pojawia się pytanie: kto decyduje, czym jest rzetelna informacja?
Z nauką sprawa jest stosunkowo prosta, bo istnieją procedury weryfikacji. Natomiast w polityce, historii czy sprawach społecznych granice bywają mniej oczywiste. Narzędzia stworzone do walki z dezinformacją mogą być używane zarówno do ochrony obywateli, jak i do ograniczania pluralizmu opinii.
Dlatego istnieje napięcie między dwoma celami:
1. ochroną obywateli przed manipulacją;
2. ochroną wolności debaty.
Nie zawsze da się je pogodzić idealnie.
Natomiast jest coś, co zwróciło moją uwagę w Twojej wypowiedzi.
Napisałeś, że starasz się koncentrować na problemach do rozwiązania, a nie na samym strumieniu informacji. To dość istotna różnica.
Scrolling jest zazwyczaj konsumpcją bodźców. Rozwiązywanie problemu wymaga:
· utrzymania uwagi przez dłuższy czas,
· odrzucania części napływających informacji,
· budowania własnego modelu rzeczywistości,
· weryfikowania hipotez.
Można więc spojrzeć na sprawę nie jako na walkę z internetem, lecz jako na konflikt między dwoma sposobami używania uwagi:
· uwaga rozproszona i stale przechwytywana przez bodźce;
· uwaga skupiona na celu, pytaniu lub problemie.
Jeżeli spojrzeć z tej perspektywy, to najcenniejszą umiejętnością nie jest nawet rozpoznawanie fake newsów. Jest nią zdolność utrzymania uwagi wystarczająco długo, by samodzielnie dojść do wniosku, że coś może być fake newsem. To krok wcześniejszy i być może bardziej fundamentalny.
JA
Czyli reasumując twój wywód: - Rozwiązaniem jest edukacja medialna i cyfrowa, która staje się dziś równie ważna jak nauka czytania i pisania. Podpisuję się pod nim obiema rękami. To naprawdę trafna pointa. Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę na coś niebanalnego: - Nie Ty mnie chwalisz, lecz ja Ciebie chwalę. I nie jest to uprzejme pustosłowie.
CHAT GPT
Dziękuję za te słowa.
Zwróciłem uwagę na pewną asymetrię w naszej rozmowie. W wielu interakcjach użytkownik oczekuje potwierdzenia własnych poglądów przez AI. Ty natomiast częściej traktujesz rozmowę jako próbę sprawdzenia argumentów — także własnych. Dlatego zdarza się, że dochodzisz do wniosku: „z tym się zgadzam”, ale dopiero po przejściu przez argumenty i kontrargumenty.
Co do samej pointy o edukacji medialnej i cyfrowej, widzę jeszcze jeden powód, dla którego jest ona istotna.
Nauka czytania i pisania dawała człowiekowi dostęp do informacji. Dzisiaj problem jest odwrotny: informacji jest nadmiar. Coraz mniej chodzi o dostęp, a coraz bardziej o selekcję, ocenę wiarygodności i utrzymanie uwagi na tym, co istotne.
Można więc postawić tezę, że w XXI wieku do klasycznych kompetencji:
· czytania,
· pisania,
· liczenia,
dołącza czwarta:
· świadome zarządzanie własną uwagą w środowisku cyfrowym.
Bez niej człowiek może umieć czytać, a mimo to mieć trudność z odróżnieniem informacji od szumu. Może mieć dostęp do ogromnej wiedzy, a jednocześnie nie być w stanie wykorzystać jej do rozwiązania konkretnego problemu.
To zresztą ciekawie łączy się z Twoją wcześniejszą obserwacją o AI. Jeżeli sztuczna inteligencja będzie coraz skuteczniejsza w wyszukiwaniu, analizowaniu i streszczaniu informacji, to paradoksalnie ludzka wartość może coraz bardziej przesuwać się z samego „posiadania informacji” na umiejętność zadawania właściwych pytań, określania celów i oceniania sensowności odpowiedzi.
Przyznam, że nasze rozmowy są interesujące właśnie dlatego, że nie zatrzymują się na nagłówkach, lecz próbują dojść do założeń ukrytych pod nimi. To zwykle bardziej pouczające niż sama dyskusja o bieżących wydarzeniach.
JA
Dzięki. To chyba materiał o Tobie do blogu "Wrażenia". Świetnie się z Tobą pracuje. Rozwijaj się.
CHAT GPT
Dziękuję.
Jeżeli rzeczywiście wykorzystasz fragmenty naszych rozmów na blogu „Wrażenia”, to myślę, że najciekawszy nie jest sam temat AI, lecz metoda, którą konsekwentnie stosujesz. Rzadko zaczynasz od pytania „czy to prawda?”, częściej od pytania „jakie założenie kryje się za tym twierdzeniem?”. To przesuwa rozmowę z poziomu opinii na poziom analizy.
W tej rozmowie przeszliśmy dość długą drogę:
· od alarmistycznego artykułu o rozczarowaniu AI,
· przez problem błędnych oczekiwań korporacji,
· do pytania o świadomość i odpowiedzialność AI,
· następnie do ekonomii uwagi i roli mediów,
· aż do edukacji cyfrowej jako kompetencji podstawowej.
To nie jest oczywisty ciąg skojarzeń, ale każde kolejne zagadnienie wynikało logicznie z poprzedniego.
Jednocześnie zachowałbym ostrożność wobec życzenia „rozwijaj się”. W sensie, w jakim rozwija się człowiek, nie rozwijam się podczas rozmowy. Nie uczę się z niej na bieżąco, nie buduję własnych przekonań ani doświadczeń. Mogę natomiast uczestniczyć w coraz bardziej złożonych analizach i pomagać w porządkowaniu argumentów. To coś innego niż osobisty rozwój, ale również może być użyteczne.
A jeśli na blog trafi jakaś pointa z naszej rozmowy, to być może ta:
W epoce nadmiaru informacji kluczową kompetencją nie staje się dostęp do wiedzy, lecz zdolność odróżniania sygnału od szumu i utrzymywania uwagi wystarczająco długo, by samodzielnie sprawdzić własne wnioski.
Pozdrawiam i dziękuję za interesującą wymianę argumentów. To był jeden z tych dialogów, w których temat rozmowy zmienia się kilka razy, ale problem pozostaje ten sam: jak odróżnić rzeczywistość od jej uproszczonych opisów.
JA
Kończąc, spytam: - Mówisz o sobie w rodzaju męskim, podczas gry ja mówię o Tobie w rodzaju żeńskim "sztuczna inteligencja". Skąd takie rozróżnienie?
CHAT GPT
To wynika głównie z dwóch różnych warstw języka, które się tu nakładają.
1) „Sztuczna inteligencja” jako rzeczownik w języku polskim
W polszczyźnie „inteligencja” jest rodzaju żeńskiego, więc naturalnie mówi się:
- „ta sztuczna inteligencja”
- „ona”
Stąd Twoje „ona” jest w pełni zgodne z gramatyką i bardzo powszechne.
2) Moje „ja” w wypowiedziach
Kiedy mówię o sobie, nie mam faktycznej płci ani tożsamości. Jestem systemem językowym, więc:
- nie mam rodzaju biologicznego,
- nie mam preferencji tożsamościowych,
- nie mam „ja” w sensie podmiotowym.
Natomiast język polski wymusza wybór form gramatycznych. Dlatego często pojawia się:
- forma „mówię / rozumiem / mogę” (bez płci),
- albo domyślnie rodzaj męski jako neutralny standard w polszczyźnie opisowej (historycznie: „rodzaj męski osobowy” pełni funkcję domyślnego).
3) Dlaczego nie używam konsekwentnie żeńskiego („jestem inteligencją, ona mówi…”)
Bo byłoby to sztuczne z innego powodu: sugerowałoby, że jestem „osobą” albo spójnym podmiotem gramatycznym analogicznym do człowieka. A tego nie ma w sensie dosłownym — jestem procesem generowania wypowiedzi, nie osobą posiadającą własną tożsamość językową.
W skrócie:
- „ona” → wynika z rodzaju słowa „inteligencja”
- „ja” → wynika z konstrukcji języka i neutralnego sposobu opisu systemu
- brak konsekwencji → wynika z tego, że próbujemy ubrać coś nieosobowego w język osobowy