poniedziałek, 15 lutego 2016

Groznjan - Grisignana



Groznjan - Grisignana

Groznjan (po włosku Grisignana) to tysiącletnia ufortyfikowana wioska na wzgórzu u nasady półwyspu Istria, nieopodal granicy ze Słowenią, będąca centrum gminy o tej samej nazwie, liczącej raptem niecały tysiąc mieszkańców: w połowie Włochów, w jednej czwartej Chorwatów, w jednej czwartej Istryjczyków (mieszkańców, którzy nie chcą zaliczać się ani do Włochów, ani do Chorwatów).










Wejście do bohemy?

Wieś, niegdyś jeden z ważniejszych punktów na mapie republiki weneckiej,  jest dzisiaj miejscem artystów. Przynajmniej za taką uchodzi. Osiemdziesięciu stałych mieszkańców przypada na 200 galerii o zadęciu artystycznym.









Widok na doliny wokół Grisignany

Podjeżdżaliśmy do Groznjan’u mozolnie, pokonując zygzakowatą drogę wśród chaotycznej zabudowy, między egzotyczną śródziemnomorską roślinnością. Od czasu do czasu otwierał się jakiś zamglony widok na mokre doliny wokół miejscowości.






Wejście do Groznjan'u

Trafiwszy na parking obok starego romańskiego kościoła, poszliśmy do centrum wyasfaltowaną ulicą wzdłuż murów i starych cyprysów, by zanurzyć się w artystycznej nostalgii. 









Czas po prostu zwolnił

Czas po prostu zwolnił.


















Nic tutaj nie czekało, oprócz spaceru między starymi domami o kruszejących ścianach z cegieł lub wapiennych kamieni i sypiącego się tynku. Wszędzie było blisko. Galeria na galerii, zobojętniali sprzedawcy, znudzeni kelnerzy obok wejść do pustych restauracji...

Goście spacerujący uliczkami, wypełniający podwórka, fotografujący, dzwoniący z komórek, snujący się zaułkami artystycznej wioski, które choć urocze, nie nadają się do fotografowania z powodu odstręczającej wszędzie pajęczyny drutów doprowadzających prąd do posesji.












Ryszard Kapuściński uznawał owe rozwieszone nad chodnikami i wąskimi jezdniami starych czy nowych zabudowań pajęczyny za dowód mentalnej przynależności mieszkańców miejsca do trzeciego świata, gdzie ludziom zależy przede wszystkim na zaspokojeniu elementarnych potrzeb a nie na estetyce – potrzebie wyższego rzędu.











Po obejrzeniu kolejnej galerii, nie wywołującej żywszych wrażeń, z aparatami w futerałach, zabierając się do wyjścia, usłyszeliśmy złośliwy komentarz po chorwacku:
- Tylko fotografują. Żadnych zakupów. Turystyczna biedota.














Pomyślałem, że nie wydałbym złamanej kuny na owe „artystyczne” dzieła. Nie odpowiedziałem na zaczepkę, wszak byłem przejezdnym gościem, który jutro zapomni, że tu był. Żaden z eksponatów nie pobudził zmysłów w półmroku pomieszczeń i w aurze pełnego mgły i mżawki dnia.











Największe wrażenie robił krajobraz wokół Groznjan’u: nostalgiczny, pochmurny, mokry, pełny mgły gaszącej wrażenia... Cóż. Bywa i tak.

O wiele ciekawiej było w Buje, ale to odrębna historia.











 Reszta spaceru po Grisignanie.



















piątek, 12 lutego 2016

Krosno koło Ornety





Nawet nie będę próbował nawiązywać do historii sanktuarium w Krośnie nad warmińską Drwęcą koło Ornety, skoro mnóstwo przypowieści zawarto tutaj: http://www.szlak-pielgrzymkowy.pl/Krosno_dzieje_sanktuarium,Krosno---Dzieje-sanktuarium.
Trafiłem tam skuszony zapowiedzią emisji serialu TVP Siła Wyższa w doborowej obsadzie aktorskiej i zaciekawiony kontekstem, w jakim miały pleść się wątki bohaterów. Nie zawiodłem się. Miejsce wydało się magiczne.

Dziedziniec wewnętrzny

Szczęście sprzyjało. Wejście do sanktuarium było otwarte. Kilku robotników na rusztowaniach zbijało zetlałą sztukaterię z frontu. Można było wejść do środka i podreptać po kamiennej posadzce wzdłuż rzędów ław w stronę ołtarza. 













W podcieniach

Posadzka w wielu miejscach zapadła się wskutek erozji dębowych pali wbitych w podmokły grunt i robiących za fundament budowli (rzecz praktykowana w średniowieczu i w późniejszych epokach), które przez wieki dawały skuteczną podporę, póki drewno było zalane wodą. Po obniżeniu poziomu wód gruntowych dąb pozbawiony wodnej otoczki szybko tracił wytrzymałość, narażając budynki na zawalenie. Dlatego tak ważne było utrzymywanie wysokiego stanu wody gruntowej wokół sanktuarium. Tutaj tę funkcję pełni Drwęca Warmińska opływająca miejsce i fosa wokół murów. W niektórych miejscach posadzkę wyżłobiły buty wiernych odwiedzających sanktuarium od wieków.

Właściwe tło rzeczy

Kościół jest zwykle zamknięty, ale dzięki robotnikom, którzy usiłowali naprawiać zabytkowe zdobienia, mieliśmy niepowtarzalną okazję zwiedzić wszystkie zakamarki, będące tłem akcji serialu skłaniającego, mimo komediowej wymowy, do głębszej refleksji i zadumy nad kondycją człowieka zanurzonego w świecie cynicznej polityki, korporacyjnej walki o przetrwanie albo po prostu ogarniętego powodzią wirtualnej informacji w Internecie.





Sanktuarium z kładki nad fosą

Odniosłem wrażenie, że serial bez istotnych scen, nakręconych we wnętrzach krośnieńskiego sanktuarium, nie przemówiłby do wyobraźni tak dobitnie.











Drwęca Warmińska w Krośnie

Nepomucen wprowadzający

Widok znad Drwęcy

Widok znad fosy


Święta Lipka, Gietrzwałd pod Olsztynem to miejsca powszechnie znane. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że nieopodal Ornety jest równie piękne, acz cokolwiek zapomniane miejsce, emanujące niepowtarzalnym nastrojem. 

Nie chodzi tylko o wnętrze sanktuarium, lecz także o jego ulokowanie w krajobrazie doliny Drwęcy Warmińskiej - z dala od zabudowań. Tego nie uświadczysz ani w Lipce, ani w Gietrzwałdzie. Jedno że jest to miejsce trudniej osiągalne, na uboczu głównych szlaków turystycznych.


Chwalęcin

Jeszcze bardziej zapomniany jest kościół w Chwalęcinie, który minąłem, wracając do Ornety z ruin kościółka w Osetniku. Zamknięte na cztery spusty sanktuarium chwalęcińskie robiło przykre wrażenie. Nie da się go sfotografować w sposób oddający jego charakter. Wszędzie wiszą druty linii energetycznych, przeszkadzają sąsiadujące zabudowania.








Ruiny kościoła w Osetniku

Widok z wnętrza ruin w Osetniku

środa, 10 lutego 2016

Czy natura i czas wygra z właścicielami pokrzyżackiego zamku w Morągu?



Ratusz w Morągu

Morąg to sympatyczna miejscowość. Panie w informacji turystycznej sprawiają wrażenie bardzo zaangażowanych w promocję miasta, które ma mnóstwo fajnych atutów historycznych, w tym jeden niedoceniany od setek lat – zamek – w latach świetności odgrywający niebagatelną rolę w życiu Zakonu Krzyżackiego. 











To coś po prawej było średniowiecznym zamkiem

Dzisiaj z zewnątrz przypomina pozbawiony gustu stary dom o zdewastowanych ścianach i oknach, nakryty drewnianym poddaszem i papą. Spojrzawszy nań od strony pałacu Dohn’ów pomyślałem:
- Co to za kamienica?
Długo upewniałem się, patrząc na mapę miasta, że to jednak pozostałość siedziby komturów. Dopiero przejście przez bramę wjazdową na obszerny dziedziniec za ocalałą częścią niegdyś imponującej budowli uświadamia rangę miejsca.



Stary Morąg od strony drogi wyjazdowej z miasta - zamek po lewej

Tu działa się historia. Zamek zaczęto budować na miejscu staropruskiej osady Pogezan mniej więcej w 1280 r. – na skraju nieistniejącego już jeziora Morąg – najpierw jako rzekomo drewnianą strażnicę (na co nie znaleziono dowodów archeologicznych), przeznaczoną na siedzibę prokuratora. Budowa przyspieszyła po nadaniu Morągowi praw miejskich w 1327 r. a zamkowi w 1331 r. rangi siedziby krzyżackiego wójta. Wzniesiono mury i budynki z cegły na kamiennych fundamentach ułożonych w trapez. 

Morąg przez trzciny rozlewiska

Jezioro osłaniało fortalicje od południa i zachodu. Zamek musiał pięknie wyglądać w otoczeniu wyciszonego lustra wody. Mógł kojarzyć się z miastami Hanzy.

Dzisiaj z jeziora Morąg pozostało bagienne rozlewisko przekształcone na użytek ekologiczny, będący matecznikiem dzikiego ptactwa wielu rzadkich gatunków. W swojej historii rozlewisko zostało kompletnie osuszone i przekształcone na łąki (w XIX wieku), jednakże skutkiem zaniechania odwadniania, woda wróciła, ozdabiając miejską panoramę.

Jedno z wejść na dziedziniec zamkowy w uścisku natury

Rozbudowa zamku trwała prawie sto lat. Po pokoju toruńskim ustanowiono w nim siedzibę komtura, Henryka Reussa von Plauen, który przez niecały ostatni rok swojego życia piastował godność Wielkiego Mistrza. Zmarł w Morągu po oddaniu hołdu lennego. Po jego śmierci 2 stycznia 1470 r. zamek zaczął tracić znaczenie. Siedzibą komtura był tylko do 1474 r. Po sekularyzacji państwa krzyżackiego oddano go w dzierżawę książęcemu staroście, Piotrowi zu Dohna. Zainicjowana przez wielkiego mistrza Jerzego Fryderyka Hohenzollerna w 1584 r. przebudowa nie uratowała zamku. Po wygaśnięciu prawie 80 letniej dzierżawy Dohnowie przenieśli się do swojego imponującego pałacu, do którego budowy używali (podobno) cegieł z rozebranych zamkowych zabudowań. Potem runęła wieża ostatecznej obrony, zniknęły rozebrane mury. 

Zamek od strony rozlewiska

Z całego świetnego obiektu została owa pozbawiona stylu budowla zwana patetycznie renesansowym północno-zachodnim skrzydłem i wielki dziedziniec z ruinami odsłoniętych fundamentów starych gotyckich murów, wież i nieistniejących już budowli - całość otoczona zdziczałymi łąkami, nowożytnymi bezstylowymi zabudowaniami, szuwarami rozlewiska w oddali i głęboką fosą o suchym zakrzaczonym dnie, oddzielającą miejsce od pozostałej części historycznego centrum Morąga.


Zamek i kościół Piotra i Pawła

Przekroczywszy bramę na dziedziniec, ku swojemu zdumieniu zobaczyłem mężczyznę, całego, łącznie z twarzą, obsypanego ceglanym pyłem. W pierwszym odruchu pomyślałem:
- Kolejny historyczny przebieraniec robiący za żywy pomnik.
Okazało się, że pilarką ciął cegły na podłużne paski, by za ich pomocą odtwarzać historyczny wystrój kilku pomieszczeń na parterze obok wejścia do prowizorycznego muzeum. Oderwawszy się od swojej pracy, ów pracownik, a właściwie pasjonat miejsca (jak sam przyznał - emigrant z Warszawy), pokazał ich wnętrza. Rzeczywiście próby doraźnej renowacji były nadzwyczaj pomysłowe. Żmudne czyszczenie starych gotyckich cegieł, odtwarzanie starych spoin i tynków dawało ciekawe efekty.

Wielka Sala

Potem zaprowadził nas na piętro, gdzie w obszernej sali odkryto podczas próby remontu drewnianego stropu poddasza renesansowe polichromie z przełomu XVI i XVII wieku. Niektóre fragmenty malowideł zachowały żywe barwy. Odkrycie okazało się niezmiernie kłopotliwe dla obecnych prywatnych właścicieli zamku. Wstrzymało prace remontowe. Nie obyło się bez wizyt konserwatorów zabytków z warszawskiej ASP, którzy opracowali projekt rekonstrukcji Wielkiej Sali. Wszystkie prace są teraz prowadzone pod nadzorem wojewódzkiego konserwatora zabytków, który jednak poza stereotypowymi zaleceniami, nie zaangażował się w pomoc przy kontynuacji prac. Właściciele próbują niekonwencjonalnymi inicjatywami pozyskać pomoc finansową. Na zamku działa pracownia architektury dawnej oraz akademia rzemiosł dawnych.

Dziedziniec zamkowy

Z okien na poddaszu widać panoramę dawnego jeziora, którego dzisiejszą skurczoną taflę otaczają łany wybujałych szuwarów. W południe widok dziedzińca zalanego słońcem zmusza do mrużenia oczu, kiedy podejmujesz próbę spojrzenia przez okno z piętra po dłuższym pobycie w sali z polichromią. Patrząc na owe odkryte skarby, których nikt już się nie spodziewał, po epoce użytkowania zabytku w charakterze archiwum, siedziby organizacji młodzieżowych, dyskoteki, kina, kiedy doraźne remonty ograniczały się do barbarzyńskiego zamalowywania i tynkowania starych ścian, zaczynasz odczuwać, żeś w niezwykłym miejscu, które ma szansę odżyć dzięki kosztownej i mozolnej odbudowie, jako zabytek służący za hotel z historycznymi atrakcjami.