wtorek, 26 lipca 2016

Zakrętasy Heleny Piotrowskiej


Przeczytałem Zakrętasy Heleny Piotrowskiej. Skończywszy lekturę, poczułem się tak, jakbym odbył kolejną kajakową wędrówkę po Mazurach: frapującą, pełną przygód i mozolnego wiosłowania. Jedno że nie przez piękne krajobrazy jezior, rzek, kanałów szlaku żeglarskiego i kajakowego od Piszu po Węgorzewo, lecz przez czas; rutynę codziennej egzystencji wśród prostych gospodarskich sprzętów, mebli z prawdziwego drewna, w niskich pokojach, w domach bez wygód, w otoczeniu wymagającej codziennego zorganizowanego wysiłku przyrody; przez zdarzenia zmieniające rytm życia z siłą katastrofy; przez mroczne przełomy losów zwykłych ludzi… Wszystko to odnotowane z pietyzmem kronikarza archiwisty, któremu nieobca empatia, wrażliwość i osobisty emocjonalny stosunek do okolic Górkła.


Niegdyś, pisząc „sto lat temu” swoją Zieloną rzekę o Krutyni, przeczytałem, z ciekawością nie mniejszą niż ciekawość odkrywcy egzotycznych lądów, powieść Dzieci Jerominów Ernsta Wiecherta (jednego z najwybitniejszych niemieckich pisarzy I połowy XX wieku). W Zakrętasach odnalazłem podobne klimaty, chociaż opisane przez osobę mającą zupełnie inne doświadczenia życiowe.


Treść Zakrętasów jest utkana z całego mnóstwa wątków i tworzy wraz z nieprzebraną liczbą  szczegółów jedną gęstą niepowtarzalną materię. Wciąga, niepokoi, smuci coraz bardziej (chociaż Autorka usiłuje ukazywać jaśniejsze epizody ludzkich przeżyć), a na koniec wywołuje żal z powodu przemijania zjawisk – zdawałoby się – na stałe wpisanych w Mazury. Bo tej społeczności – bohaterki Zakrętasów – która mieszkała od pokoleń w Górkle, Szymonce, Cierzpiętach, Rynie, Mikołajkach, po prostu już nie ma. Przeminęła tak samo jak onegdaj Prusowie.


To historia ludzi, w życie których zbyt często włazili z butami obcy, uzurpujący sobie prawo podejmowania w ich imieniu decyzji na miarę dziejowych huraganów – zmiatających wszystko, co napotkają na swojej drodze. To historia ludzi, którzy ciągle walczyli o przetrwanie i utrzymanie się na powierzchni życia wbrew koszmarnym zdarzeniom, nie przez nich sprowokowanym. Opowiedziana inaczej niż dzieje Ritterów Patrycji Pelicy.


Obie historie kończą się tak samo. Bez happy endu. Obie skłaniają ku refleksji, że wojna jest bezmyślnie i obojętnie okrutna. Kaleczy wszystkich bez wyjątku: zwyciężonych, zwycięzców i postronnych. Ludzka szlachetność przejawiająca się w indywidualnych czynach nigdy nie zrównoważy ogromu wojennych nieszczęść i ludzkiego cierpienia. Bohaterowie są wyłącznie produktami propagandy i doraźnego public relations. Zwyciężają lub ponoszą klęski wodzowie, cierpią – zawsze, chcąc nie chcąc – zwykli ludzie.


Lektura ożywiła wspomnienia z pierwszych wypadów na Mazury w okolice Sorkwit, Jędrychowa, Maradek, Dłużka… Kiedy pierwszy raz rodzice spędzali z nami urlop w Borowskim Lesie nad jeziorem Lampasz (w 1961 roku), byłem zafascynowany widokiem jeziora i Sobiepanki, rzeczki łączącej Lampasz z jeziorem Kujno na szlaku Krutyni. Borowski Las na długo stał się wakacyjnym domem. To tam kajak powiódł mnie ku przygodzie, gdy tylko zdałem na kartę pływacką.


Uderzyła mnie wówczas jedna rzecz. Ośrodek wczasowy zajmował budynek dawnej wiejskiej szkoły i samotnego gospodarstwa nad jeziorem. Mieszkaliśmy w domkach campingowych z paździerzowej płyty rozmieszczonych na wzgórzu wzdłuż drogi zbiegającej nad wodę. Całość otaczał stary las. Chodząc na jagody i grzyby, albo biegając nad jezioro z wędkami, mijaliśmy ruiny, niezabezpieczone studnie albo już tylko same zarośnięte fundamenty po zburzonych domach. Zimą ośrodka pilnowała jedna cygańska rodzina, której przydzielono ocalałe przypadkiem gospodarstwo nieopodal. Wyludniona okolica z samotnymi zagrodami rozrzuconymi niczym chutory na stepach robiła przygnębiające wrażenie – ale to później, gdy zaczęły do mnie dochodzić strzępy zasypanej oficjalną niepamięcią tuż powojennej historii albo gdy czytałem (również między wierszami) książki o zwycięstwach Armii Czerwonej podczas ofensywy styczniowej 1945 r. Pełnych statystyk, planów operacyjnych, manewrów, „osiągnięć agitacyjnych” politruków, informacji o bohaterstwie krasnoarmiejców w Olsztynie, w Elblągu, pod Wystruciem… Opisujących niesamowity rajd korpusu kawalerii generała Oślikowskiego, który spod Chorzel w ciągu dwóch dni przeszedł pod sam Olsztyn, nie napotykając realnego oporu. Pomijających wszelkie informacje o okrucieństwach, jakich dopuszczali się krasnoarmiejscy wobec miejscowej ludności. Aleksander Sołżenicyn (noblista) za próby powstrzymania swoich współtowarzyszy od wojennego barbarzyństwa został aresztowany w lutym 1945 r. w Elblągu (lub jego okolicach) pod zarzutem szerzenia antyradzieckiej agitacji.


Pierwsze spotkanie z Krutynią w Borowskim Lesie było odkrywcze. Kiedy rodzice w kolejnym roku zastanawiali się nad wyborem miejsca na wczasy, ja i mój brat mieliśmy już ugruntowany pogląd. Nie wyobrażaliśmy sobie innego miejsca na wakacje. Zresztą wyrywaliśmy się do Borowskiego Lasu w każdy możliwy weekend od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Pakowaliśmy manatki w sobotnie południe do wszystko mieszczącego bagażnika garbatej Warszawy, dojeżdżaliśmy na miejsce pustymi naówczas kurpiowskimi i mazurskimi szosami, by od razu po wrzuceniu bagaży do domku wsiadać z wędkami do łódki. I tak bez nocnego snu do późnego niedzielnego popołudnia. Bywało, że w poniedziałki przysypiałem na lekcjach.


Wspominam przypadkowe spotkanie z autochtonką, która musiała przeprawić się z samotnego gospodarstwa nad Lampaszem do felczera w Jędrychowie, gdy tymczasem jak raz jej mąż wypłynął łódką na ryby. Niewiele myśląc podpłynęliśmy do brzegu, wzięliśmy kobiecinę na pokład, dobiliśmy do jędrychowskiego brzegu. Kobieta do zwyczajowego Bóg zapłać dorzuciła życzenie, co byśmy złowili wielką rybę. Stanęliśmy nieopodal obiecującego łanu trzciny nad oświetloną wodą o przejrzystej toni, przez którą przepływała długa ławica dorodnych płoci. Ojciec zarzucił wędkę (miał długie wędzisko z czarnego bambusa). Po chwili zaciął… i się zdziwił. Wędkę wygięło w ciasny pałąk. Ryba walczyła z kwadrans, zanim dała się podprowadzić do podbieraka. To był prawie czterokilogramowy leszcz. Wędka przeszła swój chrzest, a my niezwykłe emocje. Dobry uczynek i nagroda wnet…


Pamiętam też biwak wędkarski na wyspie maradzkiej, w południowej części Jeziora Lampackiego. Nocowaliśmy na niej w towarzystwie kóz wypasanych przez Mazura z Maradek. Przypływał na wyspę rano i wieczorem, by obrządzić zwierzęta. Opowiadał o swojej młodości i o czasach, gdy pracował w posiadłości von Mirbachów w Sorkwitach, przekazanych w 1921 roku we władanie von Paleske – adiutantowi cesarza Wilhelma II. Niewiele wówczas rozumiałem z tego, o czym mówił, starannie omijając tuż powojenne wątki. Zakrętasy uzmysłowiły mi, co utraciłem, nie potrafiąc uważnie słuchać wynurzeń człowieka, który był przedstawicielem nacji odchodzącej w historyczny niebyt.


Wielu rzeczy żałujemy poniewczasie, uświadamiając sobie nieubłagane przemijanie czasu. Zakrętasy to książka o bezpowrotnym przemijaniu wszystkiego. Będę do niej wracał, bo jak mało która przybliża Mazury i pomaga zrozumieć ludzi, którzy odeszli.

czwartek, 21 lipca 2016

Trochę Prowansji w Nowym Kawkowie



Trochę Prowansji w Nowym Kawkowie

Gdzieś za Nowym Kawkowem

Jest miejsce na Warmii, które kojarzy się z Warmią w nietypowy sposób. Wystarczy wyjechać za Olsztyn w kierunku Morąga. Za granicą wielkiego Olsztyna, oznaczoną zieloną tablicą, zaczyna się pagórkowaty las. 

Znikający czarny punkt nad polem owsa za Wilimowem

Szosa w pewnej chwili zbliża się do torów kolejowych. Na rozjeździe trzeba odbić w prawo, przejechać przejazd kolejowy, podążać krętą drogą w kierunku Jonkowa, by po kilku kilometrach między niewielkimi wsiami, mnóstwem pagórków pokrytych soczystymi łąkami, wśród pofalowanych pól, licznych leśnych kęp i buków warmińskiej ostoi przyrodniczej za Wilimowem dotrzeć do rynku w Jonkowie. 

Taka gmina

Za rynkiem trzeba skręcić w lewo pod górę na wąską drogę w szpalerze starych drzew. Asfaltowy dywanik między drzewami przylegającymi do samej skrajni jezdni nie przykrywa szutrowego pobocza. Dość na jeden pojazd. Gdy jednak nadjeżdża samochód z naprzeciwka, trzeba zwolnić, zjechać prawymi kołami na szuter. Tak się kiedyś oszczędzało na jezdniach. Ma to swoje dobre strony. Nie rozpędzisz się. W kronikach wypadków nikt zatem nie napisze, że agresywne drzewa na poboczu po raz kolejny zdemolowały prawidłowo jadący samochód. Tutejsze drzewa mają więc szansę przetrwać idiotyczną rzeź zgotowaną na innych lokalnych warmińskich drogach.

Bujność warmińskiego lata I

Bujność warmińskiego lata II
A mówią, że chwasty są be
Chwila ze słońcem

Jakby nie patrzył, za Jonkowem jedzie się kilka kilometrów przez malowniczy teren poszatkowany polami, łąkami, laskami, kępami łęgowych drzew nad stawami lub bagnistymi obniżeniami terenu, w sąsiedztwie pojedynczych zagród rozrzuconych bez ładu i składu na szlaku, w towarzystwie bocianów okupujących koszone łąki; żurawi przeszukujących skraj łanów owsa, żyta, pszenicy; błotniaków patrolujących przestrzeń.

Panorama Nowego Kawkowa

Potem droga wiedzie wzdłuż łagodnej doliny. Można by podejrzewać, że jej dnem płynie jakiś urokliwy strumień, aczkolwiek po kilku latach ostatniej posuchy mógł raczej wyschnąć.

Zjeżdżając z kolejnego pagórka, już za Pupkami, widzisz wreszcie nieco bardziej zwartą zabudowę. To Nowe Kawkowo, siostrzana wieś Starego Kawkowa. Obie zostały założone najprawdopodobniej w połowie XIV wieku, następnie spalone przez Litwinów i odbudowane na podstawie odnowionego przywileju z 1380 r. wydanego przez kapitułę warmińską. Potem wieś miała w swojej historii czas rozwoju; czas upadku po przejściach wojny trzynastoletniej i wojny toczonej w latach, gdy dobrami kapitulnymi i obroną przed krzyżackim oblężeniem Olsztyna zarządzał Mikołaj Kopernik; kolejne ożywienie gospodarcze przerywane następnymi epizodami wojennymi… Na początku XIX wieku mieszkańcy wsi zostali uwłaszczeni, prawdopodobnie w następstwie nowego porządku  europejskiego, który nastał po przemarszach wojsk napoleońskich. Światli władcy Prus Wschodnich zdawali sobie sprawę, że przemian społecznych zapoczątkowanych Wielką Rewolucją Francuską nie da się już cofnąć, zwłaszcza że krwawym i niezwykle dynamicznym bataliom wojennym towarzyszył równie gwałtowny rozwój kapitalizmu przemysłowego, który zdemolował stare porządki…

Dzieło ulotnej sztuki

Stare Kawkowo ma podobną historię, ale mniej szczęścia do dokumentów lokacyjnych, które gdzieś się zawieruszyły.

Kto chce historycznych szczegółów, niech zajrzy na strony:

Lato nad warmińskim mikrokosmosem

Najstarszą spośród okolicznych wsi są Pupki. Założono je w 1357 roku na miejscu porzuconej pod naciskiem (prawdopodobnie) krzyżackiej ekspansji pruskiej osady, która istniała tutaj od wczesnego średniowiecza w sąsiedztwie nieistniejącego już dzisiaj jeziora. Owa dolina między Pupkami a Nowym Kawkowem wydaje się dnem tego historycznego rozlewiska. Ironią losu to, że wieś została założona na zgliszczach pruskiego siedliska przez Prusa Tolnekena, któremu kapituła warmińska zezwoliła na budowę karczmy i nadała 40 łanów (prawdopodobnie chełmińskich) ziemi. Dzisiaj Tolneken byłby zaliczony do grupy posiadaczy ziemskich. Prawie 720 hektarów (7,2 km2) ziemi nie w kij dmuchał.

Lawenda

Napisałem nie przypadkiem o tych trzech wsiach razem. Tworzą one coś, czego nie spotkałem do tej pory w innych miejscach Warmii i Mazur – enklawę artystyczną. Warszawska bohema urządziła sobie na północnych obrzeżach Olsztyna szlak galerii, warsztatów rzemieślniczych i agroturystycznych gospodarstw, z których najbardziej znane jest Lawendowe Pole. 

Lawenda tuż przed zbiorem

Przypuszczam, że to zasługa telewizyjnej promocji w serialu Daleko od miasta. Fakt, sam obejrzawszy ten odcinek, postanowiłem wpaść na lawendowe żniwa i popatrzeć w oczy odważnej właścicielce, która zamieniła korporacyjną gonitwę na warmiński spokój(?!). Dzisiaj też ciężko pracuje, jedno że w sympatyczniejszych okolicznościach przyrody. I co ważne – robi to, co jej życiową pasją.

Lawendowe pole

Lawendowe pole

A lawenda? Jeśli ktoś nie ma czasu lub możliwości, by zwiedzić Prowansję (Galię Zaalpejską), niech wpada na Lawendowe Pole urządzone na zaanektowanych pagórkach w sąsiedztwie stawów i zarośniętych mokradeł. Najlepiej o świcie albo wczesnym rankiem, póki nie przyjadą turyści i nie zaczną psuć wszystkich kadrów niebieskiego puchu ufryzowanego w rzędy kulistych kęp. Tak na marginesie – lawendę trudno sfotografować. Sprawia mi kłopot. Wrażenie czyni piękne, ale na zdjęciach wychodzi banalnie.

Głównym narzędziem do cięcia lawendy – nożyce krawieckie. Naprawdę. Szczegóły tutaj:

Kościół w Nowym Kawkowie

Najchętniej jednak zaglądamy do galerii urządzonej w dawnej karczmie stojącej w sąsiedztwie kościoła konsekrowanego w 1380 r. ku czci św. Jana w Oleju (zwanego też Janem Ewangelistą, Janem Apostołem, Janem Teologiem) przez Henryka III Sorboma, biskupa panującego na Warmii w latach 1373-1401. Kościół był wielokrotnie przebudowany, więc elementów architektonicznych z czasów jego pierwszej budowy zachowało się niewiele. O szczegółach tutaj:

Galeria w starej karczmie

Galeria stoi na wprost drogi do Lawendowego Pola. Wchodzi się doń stromymi i pochylonymi ze starości schodami wprost do sieni, która odsłania wnętrza pełne często zmienianych eksponatów. 










Tu się popija kawę i plotkuje

Sala po prawej jest jednocześnie kawiarnią. Ciasto artystyczne, kawa w artystycznych kubkach, czasem artystyczna zupa z dyni. 












Rozmówki z Audrey

Wnętrze artystyczne… Audrey Hepburn krzątająca się przy oknach…












Tu nawet grzyby są artystyczne

W trakcie rozmowy z Gospodynią stwierdzamy nagle, że ten świat jest naprawdę mały. Doszukujemy się wspólnych znajomych, jeszcze z czasów licealnych. Warszawa okazała się w kilku losowych przypadkach miejscem przejściowym, a Nowe Kawkowo – docelowym.

Znużona gwiazda

Nieczęsto zdarza się trafić w takie miejsca, w których spotykają się ścieżki ludzi na pierwszy rzut oka niezwiązanych ze sobą – jak nasze ze ścieżką Gospodyni galerii.



Najfajniejsze jest to, że kawę popija się, a ciasto podjada się drobnymi kęsami, co by przedłużyć doznania smakowe, w towarzystwie domowych zwierząt: artystycznego mopsa, przygarniętych piesków, piesków dochodzących ze wsi, kotów małych i dużych, plączących się pod nogami… Ich obecność tworzy specyficzny klimat.


Nasze wizyty nie kończą się na kawie i cieście. Są ploteczki i rozmówki w nastroju Ludzkiego gadania Agnieszki Osieckiej. Są zakupy wystawianych eksponatów. Niektóre naprawdę przykuwają uwagę.

Mała bohema.

Klimaty w Nowym Kawkowie

W Nowym Kawkowie jest jeszcze galeria biżuterii – przy wyjeździe ze wsi w kierunku Pupek; galeria artystycznych wyrobów z drewna – przy wyjeździe w kierunku Starego Kawkowa; galeria ceramiki artystycznej – trzeba odbić w prawo na rozwidleniu drogi do Lawendowego Pola… We wrześniu zazwyczaj dzieje się impreza przygotowywana wspólnym wysiłkiem działających pracowni. Wtedy można przez cały dzień zjeździć z mapką w ręku wszystkich inicjatorów i znaleźć coś ciekawego dla siebie.

Znikające jeziorko

Odkryciem – w moich oczach – jest gospodarstwo agroturystyczne w Pupkach nieopodal zanikającego już jeziorka w bukowym lesie. Tutaj kończymy wypad domowy obiadem: prawdziwą, gęstą zupą kalafiorową, kopytkami z gęstym sosem grzybowym, kompotem z czarnych porzeczek i deserem – pszenno żytnim chlebem własnego wypieku (piętka? – nie jadłem czegoś takiego od czasów dzieciństwa).


Gospodarstwo prowadzi rodzina, która porzuciła Warszawę w czasach zwiastujących już schyłek PRL-u i urządziła sobie enklawę wśród malowniczych pagórków, lasków, rozlewisk. Patrząc na owo miejsce, podziwiałem determinację, upór i pogodę ducha gospodarzy. Gospodarstwo przechodzi dzisiaj w ręce drugiego pokolenia. O nim tutaj:


Polecam ich chleb. Takiego chleba nie kupisz w sklepie. Sam się zjada. Ze smalcem własnego wyrobu i małosolnym ogórkiem albo ze świeżym masłem jest jedzeniem samym w sobie.

Artystyczny strach na wróble

Tu, między Pupkami a Starym Kawkowem, nawet strachy na wróble mają w sobie coś z wagabundów i prekursorów współczesnej mody.