wtorek, 6 czerwca 2017

Przeczytałem opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak


Przeczytałem Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak autorstwa Anny Kamińskiej. Jednym tchem. I wpadłem w zamyślenie. Poczułem się tak, jakbym, uwielbiając las, oczekiwał akceptacji ze strony tegoż lasu. Na którą trzeba bardzo bardzo zasłużyć. W przypadku bohaterki książki to las zdawał się oczekiwać akceptacji z jej strony. I ją miał. Bezwarunkowo.


Przeczytajcie sami. Bo ja nie potrafię zrecenzować tej książki tak, aby dać właściwe świadectwo tej niezwykłej postaci. W której zogniskowały się wszystkie genialne przebłyski zsumowanego intelektu krakowskiej inteligencji. Zamiast więc własnej opinii – zestaw wybranych fragmentów przybliżających tę niezwykłą postać polskiego humanizmu, polskiej nauki i polskiej kultury w jednym.

O facetach z pobłażaniem
Nie ma sensu być w życiu zazdrosną o facetów – to też mi tłumaczyła. O facetach mówiła, że to worek z plemnikami na dwóch nogach, który ma dotrzeć do jak największej liczby kobiet, by przedłużyć gatunek. I to, że on zdradza, nie ma nic wspólnego z psychiką, z emocjami, z relacją, z więzią, z działaniem z premedytacją. To nie jest tak, że faceci są źli, oni taką mają biologię. Prawdziwa samica dba o to, by samiec ją chronił, wracał i dostarczał żywności oraz dawał poczucie bezpieczeństwa.
Uważała jednak, że faceta można oswoić, i to absolutnie każdego tygrysa. Jak facet uważa się za najważniejszego na świecie i ma do ciebie o coś pretensję, to przyznaj mu rację, nawet gdy absolutnie jej nie ma. Powiedz: Kochanie, ależ oczywiście! I zobaczysz, jaki on będzie szczęśliwy – tłumaczyła. Zanalizuj czyjeś wzorce zachowania – mówiła, i działaj tak, jakby ktoś tego oczekiwał. To, że on myśli, że wygrał, niech sobie myśli, ty wiesz, kto ma rację. I zobaczysz – będziesz miała to, co będziesz chciała. Jak ktoś ma ochotę być z kimś i pozna instrukcję obsługi, to potem czerpie ogromną radość z oswojenia tygrysa.

O sarnach, bohaterkach jej doktoratu
Stadko moich saren, które wychowałam na butelce i potem przez wiele lat chodziłam z nimi po lesie – wspominała – któregoś dnia wykazywało objawy przepłoszenia, strachu i nie chciało wyjść na uprawę leśną, żeby się paść. I ja zaczęłam iść w kierunku młodnika, bo tam się te zwierzęta patrzyły z uszami postawionymi i zjeżonymi kuperkami, widać, że coś tam bardzo groźnego w tym młodniku jest. Przeszłam mniej więcej połowę drogi tej otwartej przestrzeni i zastopowało mnie, bo usłyszałam za sobą chóralne szczekanie pełne grozy, więc się odwróciłam i co zobaczyłam? (...) Pięć moich sarenek stało na sztywno wyprostowanych nóżkach, patrzyło na mnie i wołało do mnie tym szczekaniem: nie idź tam, nie idź tam, tam jest śmierć! Przyznam się szczerze, że osłupiałam, po czym jednak poszłam. I co się okazało. W tym młodniku były świeże ślady przejścia rysia. Weszłam głębiej w gąszcz i znalazłam kał rysia, i on rzeczywiście był ciepły, bo przyłożyłam rękę. Co to znaczyło? Znaczyło, że wdarł się do zagrody drapieżnik, sarny go zauważyły, , uciekły i były spłoszone i co zobaczyły? Matkę idącą nieświadomie na pewną śmierć, trzeba ją ostrzec, i dla mnie, przyznam się szczerze, ten dzień był przełomowym dniem. Przekroczyłam granicę, która dzieli świat człowieka od świata zwierząt. Gdyby nas od zwierząt oddzielała szyba, mur nie do przebicia, zwierzęta by się mną nie przejęły. My jesteśmy sarny, ona jest człowiek, co ona nas obchodzi? Jeżeli one mnie ostrzegły (...), oznaczało to tylko i wyłącznie jedno: jesteś członkiem naszego stada, nie chcemy, by zdarzyła ci się krzywda. Przyznam się szczerze, że przeżywałam to zdarzenie przez wiele dni i właściwie dzisiaj, jak myślę o tym, miękkie ciepło na sercu odczuwam. Jest to dowód, jak można by się zaprzyjaźnić ze światem dzikich zwierząt”.

O obronie Puszczy Białowieskiej
To była najlepsza Rada Naukowa, jaką pamiętam – przyznaje Janusz Korbel, członek rady. – Simona nie zgadzała się na żadną ingerencję naukowo-badawczą w puszczy. Żadnego nawiercania drzew i łapania zwierząt w potrzaski. Za jej czasów Puszcza Białowieska była rewelacyjnie chroniona. Nikt nigdy wcześniej ani chyba później nie stanął tak kategorycznie w obronie nienaruszalności przyrody Białowieskiego Parku Narodowego jak Simona.

O pokrętnej etyce myśliwych
Wszyscy jesteśmy potomkami minionych pokoleń. Niektórzy z nas chlubią się przodkami zasłużonymi dla kraju, o których przetrwała dobra pamięć. (...) Przyjemnie też pogrzać się w cieple sławy. Nie lubię tej roli i nigdy w niej nie występuję. Przyjechałam więc z innego powodu.
Od ludzi noszących wielkie nazwisko wymaga się, by nie przynosili wstydu. Uważam, że to za mało. Jeśli przyznajemy się do wielkich czynów naszych antenatów, musimy też wiedzieć, co w ich postępowaniu było naganne i czego złe następstwa działają do dziś. Naszym obowiązkiem, wypływającym ze wspólnoty nazwiska i więzów krwi, jest to zło naprawić. Szczególnym łącznikiem pomiędzy Juliuszem, Wincentym Polem i mną jest łowiectwo. Mam jednak określone zdanie na temat zabijania dzikich zwierząt, oparte nie tylko na emocjach, lecz także na faktach naukowych.
Rozpatrując polowania od strony etycznej, uważam, że zabijanie zwierząt wyłącznie dla rozrywki było i jest niegodne człowieka cywilizowanego. Mam pod ręką garść wspomnień łowieckich różnych – nawet wspaniałych autorów – i wszystkie budzą wstręt swoją obłudą i okrucieństwem. Obłudą, bo panowie udają, że kochają przyrodę, a zwierzęta szczególnie, a okrucieństwem, bo po zachwytach: «jaki on silny i śliczny» zawsze następuje scena mordu niewinnej ofiary. (...)
Poglądy na myślistwo Pola i Juliusza Kossaka potępiam. Jako ludzie wrażliwi: artyści, apologeci przyrody, musieli sobie zdawać sprawę z niemoralności zabijania dla rozrywki, z całej brzydoty towarzyszącej łowom. Stworzyli więc nieprawdziwy, estetyczny, wręcz piękny mit szlachetnych łowów, jako miłej i godziwej rozrywki. (...) Jestem absolutnie przeciwna zabijaniu jako rozrywce w poetycznej otoczce łowieckich mitów. (...) Taka dzika gęś zawarła małżeństwo na całe życie, a teraz jej partner leży martwy. Siada więc w pobliżu, mimo strachu przed człowiekiem, i rozpacza w głos. Prawie nigdy nie zdarza się, by już kiedykolwiek połączyła się w parę z jakimś samcem. I na to wszystko spokojnie patrzy wrażliwy artysta. Nie tylko patrzy, on jest sprawcą bólu i cierpienia. Człowiek subtelny, czujący przyrodę i z nią współczujący, nie zniesie widoku polowania. To widok nieestetyczny”.



Sięgamy po książkę Petera Wohlebbena o Duchowym życiu zwierząt, okrzykniętą międzynarodowym objawieniem, gdy pod ręką mamy twórczość Simony Kossak. Przemawiającą do wyobraźni o wiele dosadniej. Mającą swoje źródło w odkryciach naukowych i osobistych przeżyciach najwybitniejszej - moim zdaniem - humanistki wśród polskich biologów ostatniego stulecia. Simona powinna być dzisiaj ikoną obrońców najważniejszej części polskiego dziedzictwa narodowego – ojczystej Przyrody. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz